-
Negocjacje pokojowe między Stanami Zjednoczonymi a Iranem napotykają na trudności z powodu licznych spornych kwestii i opóźnień w rozmowach pośredniczonych przez Pakistan.
-
Izrael oraz sojusznicy Stanów Zjednoczonych z Zatoki Perskiej zgłaszają własne żądania i naciski, co dodatkowo komplikuje perspektywę zakończenia konfliktu.
-
Rosja i Chiny udzielają Iranowi wsparcia wywiadowczego, materialnego i dyplomatycznego, wykorzystując sytuację do osłabienia Stanów Zjednoczonych.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Po pierwsze: negocjacje pokojowe w Pakistanie
Żeby o zakończeniu wojny mogła być w ogóle mowa, obie strony muszą wrócić do stołu negocjacyjnego i wznowić rozmowy pokojowe, w których pośredniczy Pakistan. A z tym jest duży problem. Druga tura rozmów była zaplanowana na 20 kwietnia w Islamabadzie, ale została przesunięta z powodu nowych napięć na linii Waszyngton-Teheran (m.in. blokady irańskich portów przez amerykańską marynarkę wojenną oraz szantażu Donalda Trumpa w mediach społecznościowych pod adresem Iranu).
Jakby sam brak chęci do wznowienia rozmów nie był wystarczającym problemem, jest też szereg spornych kwestii, które utrudniają Amerykanom i Irańczykom wypracowanie porozumienia.
Ze strony Iranu to przede wszystkim oczekiwanie zakończenia blokady morskiej, wskutek której każdego dnia Iran ma tracić nawet 500 mln dol., wypłacenie przez Stany Zjednoczone i Izrael reparacji za dokonane zniszczenia, a także zniesienie wieloletnich sankcji gospodarczych, które miały izolować Iran i zdławić jego gospodarkę.
Lista oczekiwań po stronie amerykańskiej jest jeszcze dłuższa. Jej kluczowym punktem jest przekazanie przez Iran całego wzbogaconego uranu, demontaż instalacji jądrowych w Natanz i Fordow, a także deklaracja porzucenia dążeń do wzbogacania uranu (Iran nie chce się na to zgodzić, utrzymując, że zamierza wzbogacać uran do celów energetycznych).
Oprócz tego Waszyngton chce, żeby Iran ograniczył swój arsenał rakiet balistycznych, zakończył wsparcie dla organizacji terrorystycznych z tzw. Osi Oporu (mowa m.in. o Hezbollahu, Hamasie i Huti), a także zapewnił trwały i bezpieczny handel drogą morską w cieśninie Ormuz.
Po drugie: Trump musi okiełznać Izrael
Ważną zmienną w całym wojenno-negocjacyjnym równaniu jest, nieco ostatnio pomijany, Izrael. Relacje Tel Awiwu z Waszyngtonem uległy ochłodzeniu, kiedy na administrację Donalda Trumpa spadła lawina krytyki ze strony środowiska MAGA za to, że dali się wmanewrować Izraelowi w wojnę, której chciał przede wszystkim Binjamin Netanjahu i jego rząd.
Aktualnie Stany Zjednoczone wymusiły na Izraelu zawieszenie broni zarówno w ramach operacji przeciwko Iranowi, jak i przeciwko Hezbollahowi w Libanie. Dość jednak powiedzieć, że rząd Netanjahu nie był i nie jest tym zachwycony. Izrael uważa, że operacja przeciwko jego wrogom w regionie nie została zakończona. Inna rzecz, że dla ultraprawicowego izraelskiego rządu wojna stała się politycznym wehikułem, umożliwiającym ucieczkę od rozliczenia m.in. za atak Hamasu w październiku 2022 roku i dającym szansę na uniknięcie wyborczej porażki w zaplanowanych na październik tego roku wyborach parlamentarnych.
W ramach negocjacji pokojowych Izrael ma też długą listę żądań. Absolutnym priorytetem jest pozbawienie Iranu szans na posiadanie broni jądrowej. W tym celu rząd Netanjahu domaga się wywiezienia z Iranu wzbogaconego uranu oraz demontażu instalacji jądrowych. Izrael domaga się też odcięcia irańskiego wsparcia dla organizacji terrorystycznych, ze szczególnym uwzględnieniem Hezbollahu i Hamasu.
Przy tym wszystkim strona izraelska zastrzega sobie prawo do tzw. strategii wolnej ręki. Zakłada ona ponowne podjęcie uderzeń na Liban i Iran niezależnie od przebiegu rozmów pokojowych między Amerykanami i Irańczykami, jeśli tylko Izrael uzna, że jego bezpieczeństwo jest zagrożone.
Jak wiadomo, w przeszłości Izrael ochoczo korzystał z argumentu w postaci „uderzeń wyprzedzających” na swoich przeciwników w regionie. Jeśli Amerykanie nie zdołają zapanować nad tym przy okazji negocjacji pokojowych z Iranem, o zakończeniu wojny będzie można zapomnieć.
Po trzecie: sojusznicy z Zatoki naciskają na Trumpa
Izrael to niejedyny problem administracji Donalda Trumpa w regionie. Coraz większe jest też niezadowolenie amerykańskich sojuszników z Zatoki Perskiej. Trwająca już niemal dwa miesiące wojna mocno uderzyła w ich interesy gospodarcze, opierające się o eksport surowców energetycznych i turystykę. Z kolei doktryna obronna Iranu, który atakował amerykańskich sojuszników w regionie Bliskiego Wschodu, sprawiła, że państwa Zatoki Perskiej znalazły się na krawędzi wojny. I to mimo woli.
Rosnącej irytacji państw regionu trudno się dziwić. Wystarczy spojrzeć na dostępne dane. Wedle wyliczeń Organizacji Narodów Zjednoczonych, PKB państw Zatoki Perskiej wskutek wojny skurczy się o 120 do 194 mld dol. Dramatycznie spadło też wydobycie ropy naftowej – z ok. 21 mln baryłek w styczniu do zaledwie 14 mln w marcu. Dane z połowy marca pokazują, że kraje regionu straciły ponad 15 mld dol. przychodów z eksportu ropy i gazu ziemnego, a końcowy bilans może być jeszcze gorszy i oscylować w granicach 50 mld dol. Zniszczona przez irańskie ataki infrastruktura energetyczna i portowa to natomiast koszt rzędu 25 mld dol.
W turystyce nie jest lepiej. Od rozpoczęcia wojny odwołano niemal 40 tys. lotów przez huby w Abu Zabi, Dausze i Dubaju. Zagrożone jest też bezpieczeństwo żywnościowe państw Zatoki Perskiej, które 70-80 proc. zapasów importują drogą morską przez cieśninę Ormuz. Przestawienie łańcuchów dostaw na kosztowną drogę lotniczą odbiło się na skokowym wzroście cen w sklepach – od 40 do nawet 120 proc.

Prezydent Trump dopiero co chwalił swoich sojuszników w regionie Bliskiego Wschodu, zapewniając w rozmowie z telewizją CNBC, że „są o wiele lepsi niż NATO”. Jeśli jednak dalej będą musieli płacić słoną cenę za rozpętaną przez Stany Zjednoczone i Izrael wojnę, ich relacje z Waszyngtonem jeszcze mocniej się ochłodzą.
Po czwarte: wojna na wyniszczenie, kluczem cieśnina Ormuz
Chociaż na liście punktów do omówienia przez Stany Zjednoczone i Iran jest mnóstwo spraw, jedna z nich zdecydowanie wybija się na pierwszy plan: cieśnina Ormuz.
Amerykanom bardzo zależy na odblokowaniu morskiego szlaku handlowego. Z wielu powodów. Podobnie jak cały Zachód chcą uniknąć globalnej recesji, do której przedłużająca i zaostrzająca się wojna na Bliskim Wschodzie nieuchronnie doprowadzi.
Już trwający kryzys energetyczny, wynikający w dużej mierze z blokady cieśniny, to wyższe ceny paliw, także w Ameryce. W obliczu jesiennych wyborów połowy kadencji do Kongresu stanowi to natomiast spore zagrożenie dla administracji Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej.
Wreszcie przepustowość cieśniny to także kluczowa kwestia dla utrzymania dobrych relacji Amerykanów z sojusznikami w regionie i w Europie. Zwłaszcza państwa Zatoki Perskiej płacą wysoką cenę za agresję Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran, a ich cierpliwość jest już na wyczerpaniu.
Iran z kolei chce odzyskać kontrolę nad swoimi portami i możliwość prowadzenia handlu drogą morską. Utrzymywana przez amerykańską marynarkę wojenną blokada kosztuje reżim 435-500 mln dol. dziennie, co przekłada się na stratę ok. 13 mld dol. miesięcznie. Blokada odcięła także Iran od dostaw żywności i leków, które w 95 proc. trafiały do Iranu właśnie drogą morską. W dłuższej perspektywie jest to przepis na katastrofę humanitarną. Blokada tylko pogłębia kryzys irańskiej waluty, która przekłada się na coraz wyższą inflację i spadek siły nabywczej irańskich gospodarstw domowych.
Po piąte: Rosja i Chiny wykorzystują sytuację
Nie tylko Izraelowi niespecjalnie zależy na szybkim zakończeniu wojny na Bliskim Wschodzie. Swoją szansę na osłabienie Stanów Zjednoczonych dostrzegły w niej Rosja i Chiny. Obie potęgi z początku były niezwykle zachowawcze we wspieraniu Iranu, nie chcąc nadmiernie ryzykować dla sprawy, która wydawała się beznadziejna, jednak widząc twardy opór reżimu ajatollahów wobec agresorów wyraźnie zmieniły swoje podejście.

Obecnie i Kreml, i Państwo Środka wymiernie, choć nieoficjalnie i nie bezpośrednio, pomagają Iranowi. Chiny przekazały reżimowi komercyjnego satelitę rozpoznawczego, dzięki któremu Iran zyskuje informacje o dokładnych pozycjach amerykańskich wojsk na Bliskim Wschodzie. Zapewniły też dostęp do systemu nawigacji BeiDou, co przełożyło się na zdecydowanie zwiększenie celności irańskich ataków rakietowych. Rosja satelity Iranowi nie przekazała, ale dzieli się z reżimem danymi ze swoich satelitów wczesnego ostrzegania oraz sieci rozpoznania radiotechnicznego. Dzięki temu Iran szybciej reaguje na ataki Amerykanów z powietrza i ulepsza działanie swojej obrony przeciwlotniczej.
Wsparcie informacyjne i wywiadowcze to jednak tylko ułamek pomocy ze strony Chin i Rosji. Oba kraje od dłuższego czasu dostarczają drogą powietrzną do Iranu systemy radarowe, części zamienne do rakiet i sprzęt elektroniczny. Rosja dzieli się też z Iranem swoją wiedzą z frontu w Ukrainie, jeśli chodzi o ulepszanie – nomen omen irańskich – dronów Shahed (m.in. uodpornianie ich na zagłuszanie elektroniczne). Z kolei Chiny zaopatrują Iran w chemikalia konieczne do produkcji paliwa rakietowego.
Przy wsparciu materialnym i surowcowym wisienką na torcie pozostaje wsparcie dyplomatyczne i handlowe. Chiny i Rosja blokują na forum ONZ wszelkie rezolucje potępiając Iran, a także pomagają Iranowi sprzedawać ropę, omijając amerykańską blokadę morską. Dostarczają też reżimowi towary objęte zachodnimi sankcjami.
Jasne jest więc, że myśląc o zakończeniu tej wojny, Stany Zjednoczone muszą uwzględnić również udział (co prawda nieoficjalny) dwóch wrogich mocarstw. Konieczne może być skonfrontowanie się z nimi i powiedzenie: sprawdzam. Dopiero odcięcie Iranu od pomocy z Rosji i Chin dałoby bowiem szansę na złamanie oporu reżimu ajatollahów.













