– Mam mnóstwo problemów, o których nie mówię głośno. A kiedy wchodzę do taksówki, zapominam o tym, co dzieje się na co dzień w moim życiu, o tym, jaka muszę być twarda i jak wiecznie ze wszystkim walczę – mówi Interii Kasia Kozuń, autorka profili w mediach społecznościowych „Taxi Mama”.
Jako kierowczyni taksówki pracuje od czterech lat. Wychowuje siedmioletniego syna zupełnie sama. Nie ma stałych godzin, w których jeździ. Wszystko podporządkowuje dziecku. Pracuje, kiedy syn jest w szkole. Czasami wieczorami, w weekendy, opiekują się nim sąsiadki, żeby mogła dorobić. – Jestem dosłownie sama, bez rodziny. Kiedy wychodzę do pracy, do dorosłych ludzi, odpoczywam. Mogę porozmawiać z rówieśnikami, pożartować – mówi z uśmiechem. To dla niej największy relaks.
– Lubię słuchać ludzi, nawet gdy narzekają. Często jestem dla nich jak psycholog. Choć sama nie mam idealnego życia, łatwiej jest doradzać innym niż sobie. Często daję rady, a kiedy słucham siebie z boku, myślę, że chciałabym, żeby ktoś mi takich rad udzielił, bo sama nie potrafię wprowadzić w życie tego, co mówię – zauważa.
Kobiety w taksówkach. Bezpieczeństwo przede wszystkim
Dzięki pomocy swoich opiekunów z domu dziecka kilka lat temu kupiła samochód i zaczęła pracę, by utrzymać siebie i syna. Od samego początku opowiada też w sieci o bezpieczeństwie, które w jej pracy jest kluczowe.
– Najbardziej razi mnie to, jak przewożone są dzieci. Bardzo wielu rodziców przewozi je na kolanach. Zdarza się, że słyszeli od innych taksówkarzy, że tak trzeba, że tak się przewozi dzieci i że to jest bezpieczne. Ja się z tym nie zgadzam. W mojej taksówce nie wolno przewozić dzieci na kolanach. W razie gwałtownego hamowania czy kolizji rodzic nie utrzyma dziecka – mówi.
Jako alternatywę proponuje specjalne pasy dla dzieci powyżej piątego roku życia. Kiedy jednak stara się egzekwować zasady, nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Niektórzy pasażerowie są oburzeni. – Jest wiele mam, które mi dziękują, bo nie spotkały się z czymś takim, żeby komuś tak bardzo zależało na bezpieczeństwie cudzego dziecka. Robię to także dlatego, że dbam również o moje własne. W przypadku niebezpiecznej sytuacji, dziecko przewożone na kolanach mogłoby spaść na mnie i zrobić mi poważną krzywdę – zaznacza.
Pasażerowie bywają różni, dlatego Kasia w pracy jest maksymalnie uważna. – Ludzie myślą: w moim najbliższym otoczeniu nic się nie stało, więc szansa, że coś się wydarzy, jest mała. A o bezpieczeństwo trzeba dbać cały czas – dodaje. Do tego potrzebna jest asertywność.
– Jestem młodą dziewczyną i wiele osób nie spodziewa się, że potrafię być asertywna. To bywa mylące dla pasażerów. Miałam kiedyś sytuację, że pan jechał kilka metrów po piwo do sklepu i nie skręciłam tak, jak sobie wyobrażał, tylko pojechałam inną drogą. Zaczął być niemiły. Odpowiedziałam, że jadę zgodnie z nawigacją, a on stwierdził, że to on jest tu nawigacją i że mam robić to, co mówi, bo on płaci. Szybko wyjaśniłam, że to mój samochód. Uprzejmie, ale konkretnie – zapewnia.
To, jak mówi, klucz do dobrych relacji z pasażerami. – Kiedyś byłam bardzo stanowcza, w 100 proc. Teraz zauważyłam, że im więcej żartuję i załatwiam spraw przez śmiech, tym lepiej to działa. Oczywiście nie w każdej sytuacji, ale dotąd u mnie to się sprawdza najlepiej – mówi.
Za edukowanie w temacie bezpieczeństwa Kasia została nominowana jako Osoba Roku w Konkursie Partner Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.
„Ktoś nie płaci za kurs, mówi, że zostawił pieniądze w domu”
– Uwielbiam to, że dużo jeżdżę, dużo zwiedzam. Mieszkam w swoim mieście od urodzenia, a odkąd pracuję jako taxi driverka odkrywam fantastyczne miejsca, których wcześniej nigdy nie widziałam – mówi Interii Miriam, w internecie znana jako Miri Rides.
Ma 31 lat. Półtora roku temu podjęła pracę jako kierowca taksówki. Wcześniej pracowała jako handlowiec, jednak praca biurowa jej nie odpowiadała. – Szukałam alternatywy. Niestety w moim mieście było mało perspektyw zawodowych, szczególnie dla kobiet. Bardzo lubię prowadzić samochód, za kółkiem czuję się jak ryba w wodzie. Wtedy w moim mieście pojawiły się taksówki aplikacyjne – tłumaczy.
Stwierdziła, że spróbuje. – Co prawda tutaj jestem skazana na zwykłą zleceniówkę, ale przy dobrej organizacji pracy można osiągnąć średnią krajową, tylko trzeba się sporo najeździć i praktycznie 6 dni w tygodniu być wtedy w pracy – podkreśla.
Przeszła rozmowę kwalifikacyjną, podpisała dokumenty, zrobiła badania lekarskie i zaczęła pracę.
– Nie było egzaminu z topografii miasta, a szkoda, bo uważam, że niektórym by się przydał. Dla bezpieczeństwa i sprawniejszych kursów – zauważa.
W pracy kierowcy taksówki nie ma typowych dni. – Stałe jest tylko to, że jadę na bazę i odbieram auto służbowe. Reszta pozostaje niewiadomą. Bywają luźniejsze dni, ale zdarzają się też takie, kiedy nie mam nawet chwili, żeby spokojnie zjechać na przerwę – mówi.
Miriam pracuje w Koninie, około 65-tysięcznym mieście. – Tu specyfika jest inna, ale ma to swoje plusy i minusy. Ludzie zdają sobie sprawę, że w małym mieście nie są tak anonimowi jak w Warszawie czy Poznaniu. Rzadziej zdarzają się nieprzyjemne sytuacje – wyjaśnia. Choć i takich nie brakuje. – Ktoś nie płaci za kurs, mówi, że zostawił pieniądze w domu i zaraz przyniesie. I nie wraca. Ale bardzo łatwo jest się dowiedzieć, kto jest kim. Ludzie mają tego świadomość, dlatego jest spokojniej – podkreśla.
Mimo wszystko Miriam zachowuje czujność. – Ludzie są różni. Czasy mamy, jakie mamy, niektórzy są pod wpływem różnych substancji – wzdycha.
„Kobieta za kółkiem, to nie wiem, czy chcę jechać”
Jak mówi, w tej pracy trzeba być bardzo elastycznym. – Czasami od wejścia trzeba pokazać, kto rządzi w taksówce, a czasem spuścić z tonu, trochę przytaknąć i w duchu mieć nadzieję, że kurs jak najszybciej się skończy – tłumaczy.
Jej zdaniem bez umiejętności wyznaczania granic ani rusz. – Żeby być kierowcą taksówki, trzeba mieć charakter. Jeśli ktoś będzie takie „lelum polelum”, może sobie psychicznie nie poradzić. Czasami ktoś z pozoru groźny okazywał się wspaniałym pasażerem i na odwrót – ktoś kto wsiadł i od początku rozmowa się kleiła, nagle sam może się „odkleić”, bo na przykład stężenie alkoholu we krwi wzrośnie i zbyt mocno do głowy komuś uderzy nagle pod koniec podróży – opowiada.
Dlatego ustalenie swoich zasad wewnątrz pojazdu jest dla niej bardzo ważne. Bezpieczeństwo przede wszystkim. – Odpowiadam za swoje i za pasażerów. Zdarzyło mi się kilku panów, którzy wsiedli i powiedzieli: ojej, kobieta za kółkiem, to nie wiem, czy chcę jechać. Staram się przełamywać stereotypy, ale na własnych zasadach – kwituje.
„To zawsze wywołuje negatywne emocje”
Miriam ma apel do pasażerów taksówek. Aby nigdy nie stawiali obowiązujących przepisów nad bezpieczeństwo własnych dzieci. Przepisy mówią, że dzieci nie muszą jeździć w fotelikach wewnątrz taxi, ale zarówno ja, jak i wielu moich współpracowników bardzo często odmawiamy kursów rodzicom z małymi dziećmi, którzy chcą te dzieci przewieźć bez fotelików.
To zawsze wywołuje negatywne emocje i ludzie są zbulwersowani i nazywają nas bezczelnymi, ale jeżeli przez chwilę trzeźwo pomyślą, to powinni podziękować nam, że zadbaliśmy o bezpieczeństwo ich dzieci bardziej niż oni sami. Nawet krótka trasa może skończyć się tragedią i to nie z winy kierowcy, tylko z winy innego użytkownika drogi – dodaje.
Sandra od ponad roku pracuje w tym zawodzie. – Potrzebowałam zwiększyć swój budżet. Asystentka rodziny pomogła mi znaleźć takie zatrudnienie i tak się zaczęło. Teraz pracuję już w drugiej firmie, w obu są świetni ludzie – mówi.
Pracę dopasowuje do życia prywatnego. – Rano odwożę córkę do szkoły i zazwyczaj jeżdżę do godzin szczytu. Około 15 ją odbieram, jemy obiad, ogarniam dom, a koło 17.30 znowu wyjeżdżam. Kończę różnie, około 22-23, czasem nawet w nocy, jeśli są kursy – opowiada. Ta elastyczność jest dla niej ogromnym plusem. – Dodatkowo jestem fanką motoryzacji, naprawdę lubię tę pracę – zaznacza.
Lubi też ludzi, których spotyka za kierownicą. – Człowiek cały czas uczy się czegoś nowego. Nabywa tak zwanych cudzych doświadczeń w różnych sytuacjach. Nie nadaję się do pracy biurowej, monotonnej. Taksówka sprawia, że się nie nudzę, bo codziennie spotykam kogoś innego, mam inne kursy i trasy – tłumaczy.
„Od tamtej pory unikam potencjalnie niebezpiecznych pasażerów”
Sandra statystycznie przejeżdża od 250 km do 500 km dziennie. To jednak praca, która bywa stresująca. – Największym wyzwaniem jest zachowanie spokoju. Poruszanie się autem po mieście jest wymagające, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Trzeba przewidywać, co może się stać. A to pieszy wyjdzie na jezdnię bez spojrzenia, a to rowerzysta nagle wyjedzie. Nie wszyscy kierowcy przestrzegają zasad ruchu drogowego – zauważa. Sandra musi uważać także na pasażerów. – Generalnie trafiam na życzliwych ludzi, ale zdarzyła mi się sytuacja, która wzbudziła we mnie niepokój – opowiada.
To miał być szybki kurs. Była 23.00. – Towarzystwo, które wsiadło, w trakcie jazdy zmieniło plan przejazdu. Okazało się, że chcą jechać po alkohol oraz benzynę, którą zamierzali przewozić w bańce po płynie do spryskiwaczy. Jedna stacja była nieczynna, pojechałam więc na drugą, ale miałam złe przeczucia – wspomina.
Napisała na służbowej grupie, w jakiej jest sytuacji, i poprosiła o pomoc. – Kolega jechał za mną do samego końca. Po drodze wypytywali mnie o życie prywatne, ale postawiłam granice. Odwiozłam ich w miejsce, z którego zaczynałam kurs, a oni nie zapłacili całej kwoty. Postraszyłam policją. Widzieli, że „asekuruje” mnie kolega, i ostatecznie uregulowali należność. Od tamtej pory unikam potencjalnie niebezpiecznych pasażerów – dodaje.












