Jest 9 października 2023 roku, sześć dni przed wyborami parlamentarnymi. W siedzibie Związku Nauczycielstwa Polskiego polityczki i politycy ówczesnej „demokratycznej opozycji” podpisują z największym nauczycielskim związkiem zawodowym „Porozumienie na rzecz edukacji”.
Dokument zapowiada między innymi powiązanie systemu wynagradzania nauczycieli ze średnią płacą w gospodarce, poprawę warunków pracy, odbiurokratyzowanie oświaty oraz uelastycznienie planów nauczania. Swoje podpisy składają Katarzyna Lubnauer, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Krystyna Szumilas i Władysław Teofil Bartoszewski.
Niespełna trzy lata później porozumienie pozostaje martwą literą, a Donald Tusk potraktował nauczycieli jeszcze gorzej, bo rok później obiecał im znacznie więcej.
Szef Koalicji Obywatelskiej był bowiem honorowym gościem Krajowego Zjazdu Delegatów ZNP w listopadzie 2024 roku. Powiedział wtedy: „Zobowiązuję się dzisiaj, że przyspieszymy prace nad projektem obywatelskim. Nie będzie już zwłoki”.
Chodziło o inicjatywę „Godne płace i wysoki prestiż nauczycieli”, która zakłada powiązanie nauczycielskich pensji z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce, tak by pensje w oświacie rosły razem ze średnią krajową, a nie zależały od corocznych decyzji ministra finansów.
Skalę problemu widać w jednej liczbie: nauczyciel początkujący ma dziś zagwarantowane 5308 zł brutto, czyli zaledwie 502 zł więcej od płacy minimalnej.
„Obiecałeś”. Donald Tusk dał tylko 3 proc.
Pod projektem podpisało się ćwierć miliona obywateli, dwa i pół raza więcej, niż wymaga ustawa. Trafił do Sejmu w listopadzie 2021 roku i po pierwszym czytaniu wylądował w zamrażarce marszałek Elżbiety Witek. Koalicja 15 października wyciągnęła go z niej w styczniu 2024 roku, by we wrześniu powołać podkomisję nadzwyczajną, która przez kolejne miesiące nie potrafiła się nawet ukonstytuować.
Rządzący zachowują się więc dokładnie tak samo jak ich poprzednicy, tyle że z lepszą oprawą retoryczną. Zamiast rozwiązania systemowego oświata dostała w tym roku trzyprocentową waloryzację, czyli od 151 do 186 zł brutto, a na rok 2027 zapowiedziano dokładnie ten sam wskaźnik.
Dziś pod KPRM zobaczymy zapewne transparenty z napisem „Obiecałeś” i twarzą premiera. Można się też spodziewać, że nagranie z obietnicą Donalda Tuska ze zjazdu ZNP znów zacznie krążyć po mediach społecznościowych.
Warto, by rządzący przeliczyli to na język, który rozumieją najlepiej, czyli na głosy. Ponad 700 tys. pracownic i pracowników oświaty ma rodziny i przyjaciół, a każda kolejna niedotrzymana obietnica rozchodzi się po tych kręgach.
Donald Tusk może zakładać, że ta grupa i tak „nie ma gdzie pójść”, skoro niechęć między nauczycielami a Prawem i Sprawiedliwością jest wzajemna. To jednak rachunek obarczony ryzykiem.
Rozczarowany wyborca ma bowiem trzy inne drogi: zostać w domu, zagłosować na socjaldemokratyczną partię Razem albo, w akcie czystego protestu i wbrew własnym wartościom, poprzeć skrajną prawicę wyłącznie dlatego, że ugrupowania te nigdy nie rządziły i za polską szkołę nigdy nie odpowiadały.
Zapaść kadrową łatają emeryci
Za sporem o pieniądze kryje się jednak coś poważniejszego. Z badania przeprowadzonego na zlecenie ZNP przez zespół badaczek Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że co drugi nauczyciel funkcjonuje w stanie wysokiego lub bardzo wysokiego obciążenia stresem.
Kluczowe jest jednak jego źródło: spośród 20 najbardziej uciążliwych przyczyn napięcia aż 13 ma charakter systemowy, na czele z niskimi wynagrodzeniami i przerzucaniem na szkoły kolejnych reform bez pieniędzy i wsparcia. Nauczyciele cierpią więc najbardziej z powodu tego, na co mają najmniejszy wpływ, a odpowiada za to ich pracodawca: państwo i samorządy.
Skutki tej polityki widać już w strukturze wieku kadry. W szkołach i placówkach oświatowych pracuje ponad 60 tys. nauczycieli w wieku emerytalnym. Dyrektorzy łatają braki kadrowe, ściągając do pracy tych, którzy mieli już z niej odejść.
Z międzynarodowych badań wynika z kolei, że przeciętny nauczyciel starszych klas podstawówki ma w Polsce 48 lat, czyli o dwa lata więcej niż jego kolega z Unii Europejskiej.
Młodych nauczycieli w zawodzie przybywa śladowo, a codziennym doświadczeniem uczniów stają się zastępstwa i odwołane lekcje. Według najnowszych oficjalnych danych MEN pod koniec lipca w polskich szkołach brakowało nauczycieli na blisko 11 tys. pełnych etatów.
Warto uświadomić sobie, o jaką stawkę toczy się ta gra. Nadchodząca zapaść kadrowa nie dotknie abstrakcyjnej instytucji, lecz ponad 1,3 mln przedszkolaków, 3,3 mln uczennic i uczniów szkół podstawowych i 1,7 mln uczennic i uczniów szkół ponadpodstawowych.
Polska szkoła nie załamie się z hukiem. Załamie się cicho, brakiem chętnych do pracy przy tablicy.
Premier znów przeprosi?
Donald Tusk zaczął swoje wystąpienie na zjeździe ZNP w 2024 roku od słowa „przepraszam”. Mówił, że reprezentuje państwo polskie, które „potraktowało was w sposób niegodny”, i wymieniał niskie zarobki, spadek prestiżu zawodu oraz reakcję rządu PiS na strajk z 2019 roku.
To był gest odważny i potrzebny. Problem w tym, że jeśli do końca kadencji obywatelski projekt nie wejdzie w życie, premier stanie przed nauczycielami po raz kolejny. Tyle że wtedy nie będzie już mógł przepraszać za poprzedników. Będzie musiał przeprosić za siebie. Nie tylko nauczycieli, ale też miliony uczniów i ich rodziców.
Bartosz Rydliński












