-
Według badania opublikowanego w „Nature”, od 1990 roku emisje gazów cieplarnianych ze Stanów Zjednoczonych spowodowały globalne szkody gospodarcze wyceniane na około 10 bilionów dolarów, co jest najwyższą wartością dla jednego państwa.
-
Koszty kryzysu klimatycznego są rozłożone nierównomiernie, ponieważ znaczna część strat dotyczy krajów mniej zamożnych, które mają mniejsze możliwości adaptacji.
-
Wyniki badania bezpośrednio łączą się ze sporem dotyczącym finansowania strat i szkód klimatycznych, wzmacniając argumenty o konieczności wsparcia krajów najbardziej dotkniętych skutkami zmian klimatu.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Badanie miało dać konkretną odpowiedź na pytanie, które od lat wraca podczas międzynarodowych negocjacji klimatycznych. Kto odpowiada za szkody wyrządzone przez skutki globalnego ocieplenia, a w związku z tym kto powinien za nie płacić.
Autorzy badania nie próbowali wycenić wszystkich skutków kryzysu klimatycznego. Nie szacowali osobno spalonych domów, zniszczonych zbiorów, ofiar śmiertelnych fal upałów czy powodzi ani kosztów migracji. Zamiast tego skupili się na wpływie wzrostu temperatur na tempo rozwoju gospodarek.
Chodzi o straty, które same nie zawsze są na tyle spektakularne, żeby trafiać na czołówki portali i gazet, ale z czasem kumulują się do ogromnej skali. Wyższe temperatury obniżają wydajność pracy, pogarszają warunki dla rolnictwa, zwiększają obciążenie systemów ochrony zdrowia, podnoszą koszty utrzymania infrastruktury i spowalniają wzrost gospodarczy.
Marshall Burke ze Stanford University, główny autor badania, określił ten mechanizm jako „śmierć od tysiąca cięć”. W praktyce chodzi nie o pojedyncze kataklizmy, a o wiele drobniejszych zmian, które przez lata przekładają się na niższy PKB. Według autorów badania to właśnie ten mechanizm pozwala dziś wiarygodniej niż wcześniej oszacować, jak emisje jednego kraju przekładają się na straty ponoszone przez inne państwa.
Największy emitent nie ponosi największych kosztów
Badanie pokazuje też, że koszty kryzysu klimatycznego rozkładają się bardzo nierówno. Około jedna czwarta szkód wywołanych przez amerykańskie emisje wróciła do samych Stanów Zjednoczonych. Ocieplenie klimatu nie zatrzymuje się przecież na granicach: uderza także w amerykańskie rolnictwo, zdrowie publiczne, infrastrukturę i rynek pracy.
Znacznie większa część kosztów spada jednak na kraje mniej zamożne, które historycznie emitowały mniej, ale są bardziej narażone na skutki wzrostu temperatur i mają mniejsze możliwości adaptacji, bo ta jest dla nich po prostu często zbyt kosztowna.
Według wyliczeń zawartych w badaniu emisje USA od 1990 r. spowodowały około 500 mld dolarów strat gospodarczych w Indiach i około 330 mld dolarów w Brazylii. To dobrze pokazuje podstawowy mechanizm nierówności klimatycznej: korzyści z epoki paliw kopalnych były skoncentrowane, ale koszty zostały rozrzucone po całym świecie. W praktyce oznacza to, że państwa, które najmniej skorzystały na historycznym spalaniu ropy, gazu i węgla, coraz częściej płacą za jego skutki wyższą cenę.
To właśnie jest spór o „loss and damage”
Wyniki badania wpisują się bezpośrednio w jeden z najostrzejszych sporów światowej polityki klimatycznej: kto ma finansować tzw. loss and damage, czyli pokrywanie kosztów strat i szkód klimatycznych.
Państwa rozwijające się od lat argumentują, że kraje najbogatsze, które od rewolucji przemysłowej wyemitowały najwięcej gazów cieplarnianych, powinny pomagać finansowo tym, którzy najmocniej odczuwają skutki kryzysu klimatycznego.
Nie chodzi już tylko o redukcję emisji ani finansowanie transformacji energetycznej. Coraz częściej stawką są środki na odbudowę po powodziach, walkę ze skutkami suszy, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo żywnościowe i przystosowanie infrastruktury do bardziej niestabilnego klimatu. Nowe badanie nie rozstrzyga politycznego sporu, ale daje jego uczestnikom coś trudnego do zignorowania: liczby.

Frances Moore z University of California w Davis, badaczka zajmująca się ekonomicznymi kosztami zmiany klimatu, zwraca jednak uwagę, że nawet te kwoty mogą być zaniżone. Utrata jednego dolara przez osobę żyjącą na granicy ubóstwa oznacza bowiem znacznie więcej niż utrata jednego dolara przez mieszkańca bogatego kraju. Tego rodzaju nierówności takie modele wciąż oddają tylko częściowo.
Polityka USA idzie dziś w przeciwnym kierunku
Wnioski z badania pojawiają się w momencie, gdy polityka klimatyczna USA ponownie skręca w stronę paliw kopalnych. Donald Trump już wcześniej podważał międzynarodowe porozumienia klimatyczne i osłabiał zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w globalne działania na rzecz ograniczania emisji. Po powrocie do władzy ten kurs jeszcze się zaostrzył. USA wycofały się z funduszu wspierającego kraje najbardziej narażone na skutki kryzysu klimatycznego, a administracja wróciła do hasła „drill, baby, drill”, oznaczającego maksymalne zwiększanie wydobycia ropy i gazu.
To ma znaczenie nie tylko symboliczne. Jeśli największy historyczny emitent ogranicza własne zobowiązania finansowe i jednocześnie ponownie stawia na paliwa kopalne, to spór o odpowiedzialność za szkody klimatyczne będzie się tylko zaostrzał.

Marshall Burke przyznał, że jego badanie raczej nie skłoni administracji Trumpa do zmiany kursu. Ale, jak zaznaczył, liczby pokazują jasno, że odpowiedzialność za skutki emisji nie kończy się na granicach państwa, które je wytwarza.
10 bilionów to i tak ostrożny rachunek
Najważniejsze zastrzeżenie jest jednak takie, że 10 bln dolarów nie oznacza pełnego kosztu, jaki amerykańskie emisje narzuciły światu. To raczej dolna granica tego, co da się dziś stosunkowo wiarygodnie policzyć na podstawie danych klimatycznych i ekonomicznych.
W tej kwocie nie ma wielu strat, których nie da się łatwo przełożyć na PKB: przedwczesnych zgonów, pogorszenia zdrowia, migracji, destabilizacji społecznej, utraty bezpieczeństwa żywnościowego czy niszczenia ekosystemów. Nie ma też pełnych kosztów szkód, które dopiero będą się nasilać wraz z dalszym wzrostem temperatur.
To właśnie sprawia, że ten wynik jest politycznie tak niewygodny. Pokazuje, że kryzys klimatyczny nie jest już abstrakcyjnym zagrożeniem ani wyłącznie moralnym problemem. Jest także mierzalnym transferem kosztów. Od tych, którzy przez dekady emitowali najwięcej, do tych, którzy dziś najczęściej płacą za to najwyższą cenę.













