Zaledwie 48 godzin – tylko tyle mają firmy odbierające odpady medyczne ze szpitali na ich bezpieczną utylizację. Większość Polek i Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy, ale w kraju działa cała sieć specjalnych spalarni, gdzie w dzień i w nocy trwa wyścig z czasem, aby zagospodarować te nieczystości. Udało nam się odwiedzić jeden z takich zakładów.
Przeterminowane leki i odpady medyczne to duży problem. Także w Polsce
Z danych OECD wynika, że problem z odpowiednią segregacją przeterminowanych leków i innych odpadów medycznych w Polsce jest spory. Mniej niż 10 proc. osób pozbywa się ich w odpowiedni sposób, czyli oddając do specjalnego punktu zbiórki (np. PSZOK). Ok. 60 proc. Polek i Polaków po prostu wyrzuca je do śmieci, a reszta – spuszcza w toalecie.
Problem jest poważny, bo wykryto, że do środowiska przedostaje się aż 992 różnych leków i substancji pochodnych. Większość z tych substancji znaleziono w ściekach, co oznacza, że zlew i toaleta rzeczywiście są częstym sposobem na pozbycie się problemu.
Zużyte leki to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo te można jeszcze oddawać w aptekach. – Robimy sobie w domu zastrzyki, coraz popularniejsze są wstrzykiwacze z lekami na otyłość – zauważa w rozmowie z Zieloną Interią Przemysław Wojciechowski, prezes Eneris Proeco Bydgoszcz – firmy, która zajmuje się m.in. zagospodarowaniem odpadów medycznych.
– Strzykawka i igła na różne sposoby mogą pojawić się w naszym domu. Trzeba umieć właściwie zagospodarować ten odpad. Chodzi zarówno o bezpieczeństwo środowiska, ale i osób pracujących w zakładach komunalnych – podkreśla ekspert.
Gdzie wyrzucać odpady medyczne? Apteki ich nie przyjmują, lekarze nie dbają o segregację
Powód nieprawidłowej segregacji odpadów medycznych najczęściej jest prozaiczny. Punkty selektywnej zbiórki odpadów komunalnych, a tylko tam można oddawać takie pozostałości, są rozlokowane na obrzeżach miast i trzeba specjalnie do nich jechać. To skutecznie zniechęca Polki i Polaków do segregacji.
Warto jednak spojrzeć na problem z drugiej strony. Specjaliści zajmujący się zagospodarowaniem odpadów pokazali mi zdjęcia, na których widać, czym skutkuje przypadkowe ukłucie się igłą np. przez pracownika sortowni. Ręka ociekająca krwią to tylko początek problemów. Potem trzeba też zrobić szereg badań, bo istnieje duże zagrożenie dla zdrowia takiej osoby.
– Sama mam torebkę pełną igieł i trzymam ją od dwóch lat, bo nie chce mi się jeździć do PSZOK – przyznaje dr Barbara Kozłowska z Politechniki Łódzkiej, ekspertka w dziedzinie gospodarki odpadami. Na dodatek pracownicy nie chcą przyjmować takich odpadów, bo są one niezabezpieczone.
Coraz więcej zakładów wprowadza jednak specjalne opakowania dla mieszkańców. Tak robi np. PSZOK w Sieradzu, a w jego ślady idą kolejne punkty. Wystarczy wrzucić strzykawki lub inne pozostałości do plastikowego wiaderka.
Okazuje się jednak, że problem z segregacją odpadów medycznych mają nie tylko zwykli obywatele. Warto przypomnieć, że o ich zagospodarowanie muszą zadbać oczywiście szpitale, ale też m.in. zakłady fryzjerskie czy salony tatuażu. Ich właściciele czasami w ogóle nie zdają sobie sprawy, że jest taki wymóg.

W Polsce produkujemy ok. 80 tys. ton odpadów medycznych rocznie. Jak wynika z badań przeprowadzonych w ramach kampanii „Bezpieczny odpad”, personel z firm oddających tego typu odpady jest teoretycznie świadomy odpowiednich zasad ich zagospodarowania.
Nie potwierdzają jednak tego analogiczne badania przeprowadzone wśród pracowników firm odbierających odpady – aż 72,9 proc. z nich wskazało, że zdarza im się napotkać na źle zamknięte worki lub pojemniki. Aż 29,2 proc. miało przez to kontakt skórny z niebezpieczną zawartością worka lub pojemnika, a 25,7 proc. pracowników komunalnych w wyniku takiego błędu skaleczyło się lub zakłuło.
– To pokazuje, jak duża jest różnica między tym, co nam się wydaje a rzeczywistością – komentuje Małgorzata Rdest, wiceprezes firmy Emka zajmującej się m.in. zagospodarowaniem odpadów medycznych. – Domknięcie worka czy pojemnika być może nie jest priorytetem dla lekarzy, ale to myślenie jest krótkowzroczne. W ten sposób narażamy zdrowie i życie osób, które zajmują się później tymi odpadami – dodaje ekspertka.
Spalarnie odpadów medycznych w Polsce. Jak działają?
A co się dzieje z odpadami, gdy już trafią w ręce specjalistów? W Polsce działa sieć specjalnych spalarni, które zajmują się ich unieszkodliwianiem. Niedawno miałem okazję zobaczyć jedną z nich znajdującą się w miejscowości Redzikowo niedaleko Słupska.
Pierwszym zaskoczeniem jest zapach, a w zasadzie jego brak. Inne zakłady odpadowe czuć już z dużej odległości. W spalarni odpadów medycznych w zasadzie nie ma tego problemu. To po części efekt temperatury – przepisy wymagają, aby odpady medyczne magazynować co najwyżej 48 godzin w temperaturze maksymalnie 10 stopni Celsjusza. Do spalarni są one przewożone specjalnymi samochodami-chłodniami.
Wrażenie robi też sam piec spalarni, który z zewnątrz przypomina bardziej element scenografii filmu science-fiction niż ogromny kocioł. Instalacja ma podłużny kształt, a piec cały czas się obraca, osiągając wewnątrz temperaturę nawet 1100 stopni Celsjusza. Zakład pracuje przez 24 godziny na dobę przez cały rok i może przetwarzać nawet 400 kg odpadów na godzinę.
W spalarni spalane są odpady złożone najczęściej z tekstyliów o dużej wartości energetycznej porównywalnej z węglem brunatnym. Dzięki temu instalacja może produkować energię elektryczną i ciepło. Póki co w ten sposób zaspokaja swoje potrzeby (jest samowystarczalna energetycznie), ale są już plany, aby spalane odpady ogrzały okoliczne domy. Szacuje się, że wytworzona w ten sposób energia mogłaby ogrzać aż 800 domów jednorodzinnych.
W procesie spalania z 1000 kg odpadów zostaje zaledwie 70 kg żużli, których zagospodarowaniem zajmują się zewnętrzne firmy. Do minimum ograniczone są także emisje szkodliwych substancji – spalarnia posiada rozbudowany system filtracji, a czujniki umieszczone na kominie na bieżąco udostępniają dane o składzie powietrza do wojewódzkiego inspektoratu ochrony środowiska, który kontroluje zanieczyszczenia.


