Mnisi z zakonu benedyktynów ślubują wierność zasadzie „Ora et labora”, czyli „módl się i pracuj”. Przy okazji ślubują też ubóstwo. To inaczej stan niedostatku, w którym człowiek nie ma wystarczających środków, aby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby życiowe.
Nie o taki rodzaj ubóstwa chodzi w ślubowaniu zakonnym.
Zakonnicy zrzekają się prawa do posiadania dóbr materialnych na własność. Wszystko, co zakonnik zarobi lub otrzyma, w świetle prawa zakonnego należy do wspólnoty lub do klasztoru. Wielu pracujących nie-zakonników też niechcący przyjmuje taki punkt widzenia, który zupełnie pozbawia ich szans na sensowny zysk z wykonywanej pracy.
Magia dobrego początku. Poranek wolny od gonitwy
Shane Arthur, amerykański coach z Karoliny Północnej, doradza prezesom i kadrze kierowniczej, którzy ciągle pracują za dużo. W pierwszej kolejności odradza zajmowanie się pracą w niedzielę. Wiele osób jest przekonananych, że jeżeli w niedzielny wieczór odwali kawał dobrej roboty, to cały tydzień będzie przebiegał świetnie.
Zdaniem coacha nadrabianie zaległości w weekend, albo ich wyprzedzanie nie ma większego sensu i nie jest dobrym przepisem na sukces, bo nawet sporadyczna praca w niedzielę znacząco utrudnia regenerację. Jego zdaniem efektywna praca wymaga rytuałów.
Pomysł na poniedziałkowy porannek Arthura nie jest łatwo przyjąć jak swój: „W poniedziałkowe poranki piję kawę, czytam dziennik i siadam do laptopa. Powoli i stopniowo włączam się w swój tydzień. Zajmuje mi to dwie do trzech godzin” – wyjaśnia Shane Arthur na łamach Business Insider dodając: „Dopóki nikt inny nie domaga się twojego czasu w tym przedziale czasowym, sam możesz zdecydować, jak go wykorzystać. W tym tkwi magia”.
Pierwsze godziny pracy powinny przebiegać na planowaniu reszty tygodnia. Podobnie ostatnia godzina piątku. Wtedy warto zanotować wszystkie zaległe zadania i wstępnie zaplanować kolejny tydzień. Rada Arthura to świadome zakończenie piątku. „Każdy, kto w piątek wieczorem nadal rozmawia przez telefon, przenosi swoją energię zawodową na weekend” – ostrzega.
Osoby regularnie pracujące w niedziele, pracujące w nadgodzinach lub dostępne w sprawach służbowych mają gorzej – niezależnie od wieku, płci, wykształcenia czy rodzaju zatrudnienia.
Dni bez spotkań to ulga dla pracowników. Sprawdzone naukowo
Podobnie niestandardowe podejście coach Arthur ma do spotkań – nie poleca ich na początek tygodnia. Ci, którzy spędzają cały dzień na spotkaniach, odkładają prawdziwą pracę na wieczór – i znowu rezygnują z relaksu.
Na potrzeby artykułu w magazynie „MIT Sloan Management Review”, badacze przeprowadzili ankietę wśród 76 firm zatrudniających ponad 1000 pracowników, z ponad 50 krajów. Wszystkie wcześniej wdrożyły dni wolne od spotkań.
Okazuje się, że firmy, które wprowadziły dwa dni bez spotkań w tygodniu, odnotowały wzrost produktywności o 71 proc. O 52 proc. wzrósł też poziom zadowolenia pracowników, którzy w końcu mogli się spokojnie skupić na obowiązkach. Dzięki trzem dniom bez spotkań poziom stresu spadł o 57 proc., a współpraca poprawiła się o 55 proc.
Co ciekawe, kiedy całkowicie odwołano wszystkie spotkania, pozytywne efekty uległy odwróceniu – pracownikom zabrakło interakcji społecznych.












