Obóz rządowy od miesięcy zastanawia się nad optymalnym wariantem startu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, bo sondaże rzadko kiedy dają obecnej koalicji szansę na utrzymanie władzy. Nieco optymizmu, choć na krótko, dało rządzącym niedawne badanie United Surveys dla Wirtualnej Polski, z którego wynikało, iż KO miałaby szansę na utrzymanie władzy wraz Nową Lewicą (KO przy poparciu 31,5 proc. i NL z poparciem 8,8 proc. głosów mogłyby zdobyć wspólnie 231 mandatów w Sejmie). Taki sondaż to jednak wyjątek, bo inne tego typu analizy nastrojów wśród wyborców pokazują, iż bardziej prawdopodobne jest przejęcie władzy przez ugrupowania prawicowe.
O ile Nowa Lewica przekracza w sondażach próg wyborczy (jej poparcie waha się na ogół między 6 a 8 proc. poparcia), to reszta ugrupowań koalicyjnych już nie. Notowania PSL to zwykle od 1 do 4 proc., Polski 2050 – od 0,5 do 1,5 proc. a Unii Centrum (ugrupowanie tworzą m.in. dawni rozłamowcy z Polski 2050) – ok. 0,1 proc. W tej sytuacji naturalnym staje się pytanie o warianty startu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Partie „za”, wyborcy „za”. „Czego chcieć więcej?”
Najpoważniej branym pod uwagę scenariuszem jest wspólna lista Koalicji Obywatelskiej i PSL, bo oba ugrupowania blisko współpracują od dawna. W latach 2007-2011 ówczesna PO i PSL z powodzeniem tworzyły koalicję rządzącą, a i dziś relacje między liderami obu partii: Donaldem Tuskiem i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem wydają się modelowe. – Do tego, jak pokazują badania, my na ewentualnej koalicji z PSL-em możemy tylko zyskać. A i nasi wyborcy w 70 czy 80 procentach akceptują tego typu start. Czego chcieć więcej? – podkreśla w rozmowie z Gazeta.pl polityk Koalicji Obywatelskiej.
W KO, jak wynika z naszych informacji, trwają już analizy tego, jak podzielić okręgi wyborcze, by zmaksymalizować wynik ewentualnej przyszłej koalicji. Dla przykładu: wicepremier, szef MON i prezes ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz miałby startować z „jedynki” w Tarnowie albo Krakowie, a minister infrastruktury Dariusz Klimczak z pierwszego miejsca w Piotrkowie Trybunalskim. – Logika wskazuje na to, by oddać ludowcom jedynki w tych okręgach, które są dla nas trudniejsze – mniejszych, wiejskich, wszędzie tam, gdzie dzięki koalicji z PSL możemy zyskać dodatkowe mandaty – tłumaczy nam europoseł KO.
– PSL ma struktury, radnych, wójtów, starostów, a przede wszystkim kilku dobrze ocenianych ministrów, jak Klimczak czy sam Władek Kosiniak-Kamysz. To dla nas wartość – dodaje z kolei jeden z posłów partii Donalda Tuska.
– U nas decyzja praktycznie już zapadła, czekamy na ruch z ich strony – podkreśla kolejny z parlamentarzystów KO.
Wariant „A” czyli start samodzielny
Dla PSL, co oczywiste, sprawa jest trudniejsza. Tam na razie wariantem „A” jest start z własnego, partyjnego komitetu. – Na razie takiego startu nie planujemy – ucina szef klubu PSL Krzysztof Paszyk, którego pytamy, czy wyobraża sobie koalicję przedwyborczą z KO. – Bardzo jasno komunikujemy od kilku miesięcy przygotowania do samodzielnego startu z własnych list – dodaje.
Ludowcy zamierzają, póki co, podjąć próbę zbudowania porozumienia z innymi, mniejszymi, bliskimi im ideowo, podmiotami. – Są organizacje zrzeszające samorządowców, przedsiębiorców, które są nam bardzo bliskie, jeśli chodzi o program, wartości i które są skore z nami wspólnie startować na listach PSL – tłumaczy Paszyk.
– Wszystko wyjaśni się pewnie na wiosnę przyszłego roku. Jeśli sondaże będą nam dawały 4-5 proc. poparcia, czyli realnie jakieś 7-8 proc., bo w wyborach zawsze mamy wyższe poparcie, to raczej zdecydujemy się na samodzielny start. A jeśli okaże się, że mamy notowania na poziomie 1-2 proc., to nie będziemy ryzykować i pewnie porozumiemy się z Tuskiem – mówi nam inny, ważny polityk Stronnictwa.
Nowa Lewica kontra Razem. „To już nie ma sensu”
O ile wariant koalicji wyborczej KO-PSL wydaje się prawdopodobny, to szans nie ma raczej, przynajmniej na razie, na odnowienie współpracy Nowej Lewicy z Razem. Oba ugrupowania startowały wspólnie w wyborach parlamentarnych w 2019 i 2023 roku. Poróżniło je jednak podejście do rządu Donalda Tuska – Razem odmówiło wejścia do rządu, a w październiku 2024 r. jego parlamentarzyści ostatecznie opuścili wspólny klub Lewicy. W partii nastąpił rozłam – z Razem odeszła grupa działaczy i działaczek pod wodzą Magdaleny Biejat (wśród nich była m.in. Daria Gosek-Popiołek).
Obecnie partia Adriana Zandberga jest na ogół w sondażach pod progiem wyborczym (w sierpniu i we wrześniu ok. 3-4 proc. poparcia), ale liczy na odbicie po wyborach prezydenckich w Krakowie. W niedzielnej pierwszej turze kandydatka Razem Aleksandra Owca zanotowała lepszy wynik (6,91 proc.) niż jej konkurentka reprezentująca NL, Daria Gosek-Popiołek (4,81 proc.). – Niby w sondażach partia Włodzimierza Czarzastego ma lepsze wyniki, ale jak przychodzi do weryfikacji wyborczej, to okazuje się, że Owca wypada lepiej niż Gosek-Popiołek, a Zandberg lepiej niż Biejat – mówi polityk Razem, nawiązując do wyników zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Lider Razem otrzymał w pierwszej turze ponad 120 tysięcy głosów więcej niż wskazana przez NL wicemarszałkini Senatu (4,86 proc. i 4,23 proc.).
Formacja Adriana Zandberga przygotowuje się więc do samodzielnego startu i ma nadzieję na zmianę trendów wyborczych. – Wspólny start z Nową Lewicą miał sens w czasach rządów PiS, kiedy wszyscy byliśmy w opozycji. Jak niby mielibyśmy prowadzić teraz wspólną kampanię, gdy krytykujemy np. obsadzanie stanowisk w OHP przez Nową Lewicę? Kiedy my krytykujemy rząd, a NL go broni? – zastanawia się jeden z posłów Razem, który nie ukrywa, iż liczy na to, że konsekwentna praca w opozycji przełoży się na pozycję w sondażach.
„Mamy struktury, mamy ludzi”
Inaczej sprawę widzą politycy z partii Włodzimierza Czarzastego – choć martwi ich słaby wynik Darii Gosek-Popiołek, to przekonują, iż w skali kraju poparcie dla ich partii jest wyższe niż dawnych koalicjantów z Razem. – Oczywiście z tego wyniku trzeba wyciągnąć wnioski, bo trzy lata temu Gosek-Popiołek zdobyła prawie 40 tysięcy głosów w Krakowie, teraz nieco ponad 12 tysięcy. To nawet przy uwzględnieniu różnicy we frekwencji sporo poniżej oczekiwań – przyznaje polityk z władz Nowej Lewicy. – Jeśli chodzi jednak o przyszłoroczne wybory, to jestem spokojny o rywalizację z Razem. Oni są może i mocni w dużych miastach, ale w terenie to my mamy struktury i samorządowców, oni – nie. Poza tym w przyszłorocznych wyborach nie będzie już partii o nazwie „Łukasz Gibała”, na którą głos oddałoby część naszych wyborców, bo tak się też przecież stało w niedzielę w Krakowie – dodaje nasz rozmówca.
Jak można usłyszeć w Nowej Lewicy, władze partii spróbują na początku przyszłego roku podjąć rozmowy z Razem o wspólnym starcie.
Teoretycznie możliwy jest także wariant wspólnej listy wyborczej całej koalicji rządzącej, choć bardzo mało prawdopodobny. – Jeśli wyszłoby nam z analiz, że w ten sposób utrzymamy władzę, to kto wie? Jestem w stanie sobie wyobrazić taki scenariusz – mówi polityk z partii Włodzimierza Czarzastego.
Jedna lista całej koalicji? „Albo rybki, albo akwarium”
U koalicjantów jest jednak zdecydowanie mniej entuzjazmu dla takiego rozwiązania – o wspólnej liście nie chce słyszeć PSL, a i politycy KO mają sporo wątpliwości. – Albo rybki, albo akwarium. Albo lewica, albo PSL. Nasi wyborcy są skłonni zaakceptować albo jeden, albo drugi wariant – przekonuje polityk Koalicji Obywatelskiej.
Marginalną rolę w rozmowach o ewentualnych przyszłych wariantach przedwyborczych odgrywają ci najmniejsi, Polska 2050 i jej niedawni rozłamowcy z Unii Centrum. Co prawda w Polsce 2050 słychać o opcji odbudowy czegoś na kształt Trzeciej Drogi (mówił już o tym kilkakrotnie przy różnych okazjach Szymon Hołownia), ale entuzjazmu dla tego typu przedsięwzięcia nie słychać nawet w PSL. – Polska 2050 ma dziś śladowe poparcie, to nie jest projekt, który dawałby nam choćby te kilka punktów procentowych – mówi polityk Stronnictwa.
Bardziej prawdopodobny jest udział przedstawicieli Polski 2050 i centrystów na ewentualnych wspólnych listach KO i PSL.












