Szefowa islandzkiej dyplomacji Þorgerður Katrín Gunnarsdóttir wezwała ambasadora USA Billy’ego Longa na pilne spotkanie. Powodem interwencji był opublikowany przez Donalda Trumpa na platformie Truth Social pozbawiony opisu obrazek.
Grafika wygenerowana przez AI przedstawiała mapę (z geograficznymi błędami), na której Stany Zjednoczone, Ameryka Środkowa, Kanada, Grenlandia oraz Islandia zostały w całości przykryte amerykańską flagą. W odpowiedzi na zapytania mediów islandzkie ministerstwo przekazało stanowczo: „Na spotkaniu jasno dano do zrozumienia, że post był całkowicie nieodpowiedni”.
Niefortunne żarty nowego ambasadora
Ambasador Long, jeszcze przed objęciem placówki, zdążył wywołać na wyspie ogromne oburzenie. Serwis Politico relacjonował w styczniu: „Słyszeliśmy, że były poseł Billy Long, kandydat Trumpa na ambasadora na Islandii, żartował (…), że Islandia będzie 52. stanem, a on zostanie gubernatorem”. Żart ten, wygłoszony dzień po zgłoszeniu w Kongresie pomysłu uczynienia Grenlandii 51. stanem, padł na bardzo podatny grunt. Islandzki resort dyplomacji ogłosił wówczas: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych skontaktowało się z ambasadą USA w Islandii, aby zweryfikować prawdziwość tych komentarzy”.
Mieszkańcy wyspy zareagowali natychmiast, tworząc petycję z żądaniem odrzucenia kandydatury Longa. Zebrano pod nią tysiące podpisów. Autorzy apelu argumentowali: „Te słowa (…) są obraźliwe dla Islandii i Islandczyków, którzy musieli walczyć o swoją wolność i zawsze byli przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych”.
Sam dyplomata wycofał się z tych słów w wywiadzie: „Nie było w tym nic poważnego. Byłem z kilkoma ludźmi, których nie widziałem od trzech lat. Oni żartowali z tego, że Jeff Landry jest gubernatorem Grenlandii i zaczęli żartować ze mnie. Jeśli ktoś poczuł się urażony, to przepraszam”. Dodał również: „Przepraszam i to mój jedyny komentarz. Nie mogę się doczekać współpracy z mieszkańcami Islandii i przepraszam, że tak to zostało odebrane”.
Kwestia Grenlandii
Publikacja grafiki z amerykańską flagą to kolejny epizod w długiej historii zainteresowania regionem ze strony Donalda Trumpa. Na początku roku prezydent USA kilkukrotnie winił Islandię za spadki na amerykańskich giełdach i straty finansowe. Choć jego ówczesna rzeczniczka Karoline Leavitt zaprzeczała pomyłce, sekretarz stanu Marco Rubio ostatecznie przyznał, że Trump po prostu pomylił Islandię z Grenlandią. Z kolei ambicje przejęcia Grenlandii przez Waszyngton od kilkunastu miesięcy nie są tajemnicą.
Sprawa wywołała ożywioną dyskusję w islandzkiej telewizji. Poseł Bergþór Ólason ocenił sytuację spokojnie. – Uważam, że zawsze warto słuchać, co mówi prezydent USA, ale nie sądzę, aby był jakikolwiek powód, by brać to dosłownie – przekazał. Znacznie ostrzej zareagowała Sonja Þorbergsdóttir, szefowa federacji związków zawodowych. – Jest to brak szacunku i nie tak powinny zachowywać się wobec siebie cywilizowane narody – powiedziała.
Tłem dla tych wydarzeń są szerokie uprawnienia nadane amerykańskiemu wojsku. Opublikowany niedawno aneks do umowy obronnej z 2016 roku przyznaje siłom USA niemal nieograniczony dostęp do obszarów obronnych na wyspie.
Na rosnące amerykańskie zakusy wobec regionu błyskawicznie zareagowała Europa. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen właśnie ogłosiła pakiet inwestycyjny dla Grenlandii o wartości 200 milionów euro, który ma wesprzeć czystą energię, wydobycie kluczowych minerałów oraz infrastrukturę internetową.


