-
Około 2700 osób, w tym około 500 Polaków, straci pracę w centrum logistycznym Zalando w Erfurcie z powodu jego zamknięcia pod koniec września.
-
Wielu pracowników, którzy przez lata wiązali swoją przyszłość z tym miejscem, znalazło się w trudnej sytuacji i muszą zdecydować, czy przenieść się do innych miast, wrócić do Polski, czy zostać w Niemczech.
-
Brak znajomości języka niemieckiego utrudnia wielu osobom znalezienie nowej pracy. Plan socjalny obejmuje odprawy i dodatkowe świadczenia, jednak nie przewidziano wsparcia w zdobyciu nowych kompetencji.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Sala była pełna. Ludzie siedzieli w słuchawkach, przez które tłumaczono wystąpienie na kilka języków. Ze sceny przemawiali przedstawiciele zarządu.
– Stałam z boku jako sanitariuszka zakładowa, patrzyłam na ludzi – wspomina Katarzyna Mentel. – Zero reakcji, siedzieli i patrzyli przed siebie. Pomyślałam: czy te słuchawki nie działają, czy nikt tego nie tłumaczy?
Na sali panowała cisza. – Dopiero potem zaczęli dopytywać: „Co on powiedział?”. Niedowierzanie, złość, łzy, a później kolejne etapy: szok, frustracja, pytanie „dlaczego akurat nas zamykają?” – opowiada Katarzyna w rozmowie z DW.
Tego styczniowego dnia pracownicy usłyszeli, że centrum logistyczne Zalando w Erfurcie zostanie zamknięte z końcem września 2026 roku. Decyzja objęła około 2700 osób. W tym, jak szacują przedstawiciele rady zakładowej, około 500 Polaków.
Przez lata centrum Zalando należało do największych pracodawców w Turyngii. Dla wielu Polaków było też jedną z najłatwiej dostępnych dróg wejścia na niemiecki rynek pracy.
Erfurt: Tu miało toczyć się życie rodzin z Polski
Do Niemiec Katarzyna Mentel przyjechała 20 lat temu. W Zalando zaczynała od pracy magazynowej. Później została mentorką nowych pracowników, a następnie sanitariuszką zakładową odpowiedzialną za bezpieczeństwo i pierwszą pomoc. Firma wysyłała ją na szkolenia i finansowała kolejne kursy zawodowe. – Na rozmowie usłyszałam od kierowniczki działu: „Katarzyna, my się możemy tu zestarzeć” – wspomina.
Przez lata nie miała powodów, by w to nie wierzyć. Nie była wyjątkiem. – Ludzie zakładali tu rodziny, brali kredyty na mieszkania. Wiązali przyszłość z tym miastem – mówi Dorian Krzysztoń, pracownik Zalando od 2015 roku i członek rady zakładowej.
Wśród pracowników były całe rodziny. Małżeństwa, rodzeństwa, rodzice i dzieci często pracowali w tym samym zakładzie, budując życie wokół jednego pracodawcy.
Nie przyjechali do Niemiec na chwilę. Wielu zostało na dekady
Centrum logistyczne działało w Erfurcie od 2012 roku. Przez lata należało do największych zakładów pracy w regionie. Pracowały tu osoby z ponad 70 krajów, a około 60 proc. załogi stanowili pracownicy bez niemieckiego obywatelstwa. Polacy byli jedną z najliczniejszych grup narodowych w zakładzie.
Przez lata Erfurt przyciągał Polaków nie tylko pracą. Dla wielu był miejscem, które pozwalało połączyć niemieckie zarobki z poczuciem, że dom wciąż jest niedaleko. Do Polski można było wrócić na święta, długi weekend albo rodzinne spotkanie.
Przekrój polskiej załogi przypominał przekrój współczesnej polskiej emigracji zarobkowej. Pracowali tu ludzie, którzy przyjechali „na dwa lata”, małżeństwa budujące wspólne życie w Niemczech, rodzice utrzymujący rodziny po obu stronach granicy i osoby po pięćdziesiątce, które traktowały Zalando jako ostatnie miejsce pracy przed emeryturą. Wielu zostało na 10, 15 czy 20 lat.
Zamknięcie zakładu w Erfurcie. Zwolniono wielu pracowników migracyjnych
Według Zalando zamknięcie centrum w Erfurcie było elementem reorganizacji europejskiej sieci logistycznej. Spółka argumentuje, że obecnie dysponuje większymi zdolnościami logistycznymi, niż potrzebuje, co utrudnia efektywne wykorzystanie całej infrastruktury. W ocenie firmy nawet modernizacja lub zmniejszenie skali działalności erfurckiego zakładu nie usunęłyby problemu nadwyżek mocy operacyjnych.
Dla części pracowników te wyjaśnienia brzmią jednak abstrakcyjnie. Wielu z nich jeszcze kilka miesięcy wcześniej uczestniczyło w szkoleniach, awansowało lub planowało dalszą karierę w firmie.
Przez wiele miesięcy rada zakładowa negocjowała warunki odejścia pracowników. Rada domagała się utworzenia spółki transferowej mającej pomóc pracownikom zdobyć nowe kwalifikacje i znaleźć zatrudnienie po zamknięciu zakładu. Zalando nie zgodziło się na takie rozwiązanie.
Ostatecznie wynegocjowano plan socjalny obejmujący odprawy oraz dodatkowe świadczenia dla rodzin i osób z niepełnosprawnościami. – Gdyby nie było rady zakładowej, każdy poszedłby z niczym – mówi Krzysztoń. – Plan socjalny, przeniesienia, dodatkowe świadczenia. To wszystko wynika z tego, że pracownicy mieli własną reprezentację.
Związek zawodowy Verdi ocenia brak spółki transferowej krytycznie. Jak zauważa w rozmowie z DW Diana Lehmann z Verdi, zamknięcie zakładu szczególnie mocno dotyka pracowników migracyjnych, osoby samotnie wychowujące dzieci oraz osoby z niepełnosprawnościami.
Równolegle 109 pracowników skierowało sprawy do sądu pracy, kwestionując skuteczność wypowiedzeń.
Zalando zamyka zakład. Przenieść się, zostać czy wrócić do Polski?
Za liczbą około 500 Polaków zatrudnionych w zakładzie kryją się bardzo różne historie.
Dla części odpowiedzią była relokacja. Dariusz Rempała, który wraz z żoną pracował w Erfurcie, zdecydował się przenieść do nowego centrum logistycznego w Giessen na zachodzie Niemiec. – Do relokacji skłoniła mnie przede wszystkim stabilność zatrudnienia, kontynuacja umowy o pracę i stabilny dochód – mówi.
Inni wybierają powrót do Polski. Dorian Krzysztoń z żoną planują rozpocząć nowy etap życia we Wrocławiu.
Jeszcze inni pozostają w zawieszeniu. – Nic nie wykluczam – mówi 48-letni Miłosz Cebulski. – Chciałbym wreszcie zrobić kurs niemieckiego.
Są też tacy, którzy próbują sobie ułożyć życie gdzie indziej w Niemczech. – Młodsi widzą swoją przyszłość w Niemczech. Przeprowadzają się do Hamburga albo innych dużych miast. W mojej grupie wiekowej 50 plus wielu mówi: „chcemy wracać”. Ale szukanie pracy po pięćdziesiątce w Polsce też nie jest łatwe – mówi Katarzyna Mentel.
Sylwia Eger, działaczka inicjatywy Aktywny Erfurt i członkini rady ds. cudzoziemców w Erfurcie, zauważa, że po ogłoszeniu zamknięcia centrum zaczęła zmieniać się sytuacja na lokalnym rynku mieszkaniowym: – Teraz był bardzo duży odpływ, szczególnie przed nowym rokiem szkolnym. Dużo osób mówiło, że wraca do Polski.
Mieszkania, o które jeszcze niedawno rywalizowały dziesiątki chętnych, częściej pojawiają się w ofertach. Dla Katarzyny Mentel najtrudniejszy okazał się nie sam moment ogłoszenia zamknięcia zakładu, lecz kolejne miesiące. – Nigdy wcześniej nie byłam na bezrobociu. Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek będę musiała iść do urzędu pracy – mówi.
Stracili pracę. Bez znajomości języka niemieckiego trudniej zacząć od nowa
Przez lata znajomość niemieckiego nie była w Zalando koniecznością. Firma tłumaczyła komunikaty, organizowała spotkania w kilku językach, a nowi pracownicy mogli liczyć na wsparcie mentorów i współpracowników. Wielu pracowników mogło przez lata funkcjonować w zakładzie bez swobodnej znajomości niemieckiego. – Firma bardzo mocno stawiała na tłumaczenia. Tak naprawdę język niemiecki w pracy był zbędny. Dlatego niektórzy Polacy po prostu się go nie uczyli – mówi Dorian Krzysztoń.
Przez lata nie stanowiło to większego problemu. Sytuacja zmieniła się dopiero po ogłoszeniu zamknięcia centrum. – Można dobrze pracować bez perfekcyjnego niemieckiego, ale kiedy przychodzi kontakt z urzędem pracy albo trzeba pójść na rozmowę kwalifikacyjną, język staje się bardzo ważny – dodaje.
Podobnie sytuację ocenia Sylwia Eger. – Największe szanse na znalezienie pracy mają takie osoby, które się przebranżowią, mają jakieś inne wykształcenie, znają język albo są gotowe się go uczyć – mówi. Zdaniem Eger część migrantów przez lata funkcjonowała głównie w swoich środowiskach językowych. Dopiero po ogłoszeniu zamknięcia zakładu wielu z nich zaczęło intensywnie myśleć o kursach językowych, przekwalifikowaniu i szukaniu pracy poza logistyką.
Niemcy. Rynek pracy potrzebuje migrantów, ale wiele się zmienia
Związek zawodowy Verdi widzi w historii Erfurtu coś więcej niż zamknięcie jednego zakładu.
W wielu firmach handlu wysyłkowego i logistyki udział pracowników migracyjnych przekracza połowę załogi. Dotyczy to zarówno obywateli innych państw Unii Europejskiej, jak i osób, które przyjechały do Niemiec na przykład jako uchodźcy.
Historia Erfurtu wpisuje się w szersze zmiany na niemieckim rynku pracy. Eksperci obserwują wzrost liczby restrukturyzacji i zwolnień grupowych. Jednocześnie Turyngia od lat zmaga się z niedoborem pracowników. Prognozy przygotowane dla władz landu wskazują, że do 2035 roku na rynku pracy Turyngii będzie dostępnych około 140 tys. pracowników mniej niż obecnie.
Polka w Niemczech: 20 lat w jednej firmie i nagle trzeba zacząć od nowa
– Ja planowałam sobie tam pracować jeszcze 20 lat, bo tyle mi do emerytury brakuje – mówi Katarzyna Mentel. W Niemczech spędziła dwie dekady, kupiła dom i zbudowała swoje życie. – Nie po to 20 lat temu podejmowałam tak trudne decyzje, żeby teraz wracać do Polski. To byłby dla mnie krok wstecz – dodaje.
Kiedy pod koniec września bramy centrum w Erfurcie zamkną się na dobre, pięć wielkich hal opustoszeje. Część załogi przeniesie się do innych ośrodków, inni spróbują sił na lokalnym rynku pracy lub wrócą do Polski. Wielu z nich było przekonanych, że znaleźli w Niemczech stabilną pracę w międzynarodowej firmie. Dziś znów stoją przed decyzjami, które wydawały się już dawno podjęte.
Monika Sędzierska, dziennikarka Polskiej Redakcji Deutsche Welle
Oryginalny materiał można przeczytać tutaj.
-
„Przełom nastąpił przypadkiem”. Zmienił pracę po 40., opowiada o kulisach
-
Odwraca się silny trend. „Czuliśmy, że nie jesteśmy mile widziani”


