Pies Bobik nie chce wyjść z domu. Kuli się przy drzwiach, drży i wydaje z siebie cichy skowyt. Na zewnątrz, w listopadowej ciemności, pada deszcz, a porywisty wiatr potęguje uczucie zimna. Julia (imię zmienione – przyp. red.) nerwowo szarpie smycz, próbuje wyciągnąć go na siłę. W przypływie szału niszczy ogrodową furtkę, po czym gwałtownie wraca do środka.
38-letnia kobieta jest absolutnie pewna, że dziwne zachowanie psa to sprawka sąsiadów. Wierzy, że używają urządzeń emitujących dźwięki niesłyszalne dla ludzi, ale słyszalne dla psów, by terroryzować wyłącznie jej kochanego pieska.
– Jestem przekonana, że ta historia była punktem zapalnym. To po niej Julia podjęła ostateczną decyzję – wspomina jej matka, Anna.
Cisza
Kiedy Anna wraca z pracy kolejnego wieczoru, nie może wejść do domu. Drzwi są zamknięte. W oknach nie pali się ani jedno światło. Przez okno widzi Bobika, leżącego samotnie na wersalce. Puka, woła Julię, ale nikt nie odpowiada. Próbuje otworzyć drzwi, jednak klucz tkwi w zamku od środka.
Kobieta czuje, jak w ułamku sekundy żołądek podchodzi jej do gardła. Ten paraliżujący strach zna aż za dobrze. Towarzyszy jej ostatnie cztery lata, odkąd w pokoju córki zaczęły pojawiać się przedmioty, które dla Anny były sygnałem realnego zagrożenia.
Anna biegnie do sąsiada – Adama (imię zmienione – przyp. red.). Wie, że sama nie dostanie się do środka. W głowie ma tylko jedną myśl: trzeba jak najszybciej wejść do domu.
– Adam, pomóż mi wejść do domu. Drzwi są zamknięte, a Julia nie odpowiada – rzuca.
Sąsiad przynosi drabinę, przystawia ją do ściany budynku i błyskawicznie wspina się do okna na piętrze.
– Wybijaj tę szybę! – krzyczy z dołu przerażona matka.
Chwilę później nocną ciszę rozdziera ostry dźwięk tłuczonego szkła. Adam ostrożnie przeciska się przez ramę okienną, wchodzi do ciemnego pokoju i otwiera od wewnątrz zaryglowane drzwi.
Po chwili pojawia się drugi sąsiad. Mężczyźni reanimują Julię na zmianę, aż do przyjazdu karetki. Anna klęka przy córce i ręką sprawdza, czy wyczuwa puls. Mimo dramatycznej walki, wysiłki nie przynoszą skutku.
Trzydziestoośmioletnia Julia umiera we własnym pokoju. Trzy tygodnie po tym, jak po dwóch wcześniejszych próbach odebrania sobie życia zostaje odesłana z kwitkiem z izby przyjęć szpitala psychiatrycznego.
Kryzys
Zaledwie dwadzieścia cztery godziny wcześniej Julia stoi na brzegu lodowatej wody, otoczona grupą roześmianych znajomych. Wspólnie morsują. Na amatorskim nagraniu z telefonu widać, jak dziewczyna powoli wchodzi do jeziora, jej znajomi mobilizują ją okrzykami: „Wchodź, wchodź, nie ma cofania! Daj rękę!”.
Choć w ostatniej chwili wycofuje się na brzeg, bo od zimna bolą ją nogi, to na jej twarzy widać delikatny uśmiech.
– Doba w kryzysie zdrowia psychicznego to wieczność – mówi mama Julii.
Siedzimy z Anną na parterze jej domu przy niewielkim, drewnianym stoliku w salonie. Kobieta ma przed sobą stos papierów. To dokumenty z ostatnich lat życia jej córki.
Są tu karty wypisowe ze szpitali, odrzucone wnioski prokuratorskie, kopie pism do Rzecznika Praw Pacjenta. Nad naszymi głowami wisi drewniana płaskorzeźba przedstawiająca Ostatnią Wieczerzę.
W rogu salonu, na osobnym stoliku, Anna stworzyła ołtarz pamięci. Stoi tam duże zdjęcie Juli, tuż obok leżą starannie ułożone róże.
– Tamtego dnia nie rozmawiałyśmy rano. Julia długo spała, zazwyczaj wstawała dopiero koło dziewiątej. Mam do siebie potworne pretensje, że w ogóle wyszłam tamtego poranka do pracy. Śmierć mojej córki nie była impulsem. Dlaczego system nie zadziałał? – opowiada Anna.
Początek
Wszystko zaczyna się nagle, gdy Julia ma osiemnaście lat. Wtedy jej rodzice rozstają się, a dziewczyna decyduje się zamieszkać z ojcem. Młodsze rodzeństwo – brat i siostra – zostają z matką.
Z czasem do głosu dochodzą pierwsze, paraliżujące lęki. Dziewczyna zaczyna brać kąpiel wyłącznie przy zgaszonym świetle. Jest przekonana, że przez ściany i szpary ktoś ją podgląda. Anna pyta wtedy z niepokojem: „Julio, czy ty jesteś pewna, że to nie tata?”. – Nie, na pewno nie on – odpowiada.
Z czasem podejrzliwość narasta, a lista „prześladowców” rośnie.
Ochroniarze na osiedlu mają patrzeć na nią „w złowrogi sposób”, sąsiedzi zerkają z ukrycia. Gdy ktoś na nią patrzy, czuje lęk. Mając dwadzieścia lat Julia, dostaje pierwszą receptę na leki psychotropowe i staje się stałą pacjentką poradni zdrowia psychicznego.
Julia próbuje żyć tak, jak jej rówieśnicy. Chce studiować, najpierw wybiera ochronę środowiska, potem informatykę. Ten pierwszy kierunek przerywa na trzecim roku, z informatyki rezygnuje po pierwszym semestrze.
Na początku choroby Julia próbuje jeszcze pracować. Podjmuje zatrudnienie na zlecenie w biurze, przy prostych sprawach informatycznych. Z czasem jednak choroba zaczyna coraz mocniej przejmować kontrolę nad jej życiem.
Od tego momentu jej codziennością stają się wizyty u specjalistów i oddziały dzienne. Przez organizm dziewczyny przetaczają się kolejne silne leki, które – jak wspomina Anna – często powodowały u córki otępienie.
Przez dwie dekady walki, całe dorosłe życie Julii zostaje w oficjalnej dokumentacji medycznej sprowadzone do jednostek chorobowych: zaburzenia osobowości, fobie społeczne oraz nawracające zaburzenia depresyjne.
Codzienność
Anna staje się jednoosobowym sztabem kryzysowym. Były mąż nie wytrzymuje, odpuszcza.
Gdy Anna jest w pracy, telefon w jej torebce potrafi wibrować po kilkanaście razy dziennie. W słuchawce słyszy paraliżujący krzyk swojej córki, płacz, opowieści o kolejnych teoriach spiskowych o sąsiadach.
– W pewnym momencie przestałam odbierać. Mówiła: „Julio, ja nie mogę, jestem w pracy”. Do dziś noszę w sobie potworne poczucie winy. Myślę, że powinnam była rzucić wszystko i po prostu przy niej siedzieć – opowiada Anna.
Codzienność w domu to jak chodzenie po polu minowym. Julia nie tylko krzyczy czy rzuca przedmiotami. W chwilach najgłębszego kryzysu potrafi wyrywać sobie włosy z głowy oraz uderzać głową o ścianę i podłogę w salonie. W takich momentach Anna czuje się bezsilna.
– Ja sobie po prostu nie radziłam. W pewnym momencie zaczęłam działać zadaniowo, starając się odciąć od matczynych uczuć. Inaczej nie byłabym w stanie podejmować kolejnych decyzji ani reagować na to, co działo się w domu.
Cztery lata przed śmiercią Julia kolejny raz wprowadza się z powrotem do domu matki. To wtedy lekarze zmieniają zestaw leków. Po pewnym czasie nowa kuracja farmakologiczna przynosi coś, co z pozoru wygląda na przełom. Dziewczyna nagle „zaczyna mieć siłę”, jednak leki nie pomagają odsunąć destrukcyjnych myśli.
– Przez ostatnie lata nie było dnia, żeby nie mówiła o zakończeniu życia – wspomina matka.
Przedmioty
Gdy w domu pojawiają przedmioty, którymi dziewczyna może zrobić sobie krzywdę, Anna rozpoczyna „wojnę podjazdową”. Gdy Julia śpi albo wychodzi, jej mama z trudem wynosi te przedmioty do garażu, a stamtąd wywozi samochodem do znajomego.
Anna pyta samą siebie, czy zawsze uda jej się zareagować w porę.
W tej walce kobieta jest sama, były mąż całkowicie odcina się od sytuacji. Gdy Anna dzwoni do niego z informacją, że ich córka kupiła kolejny niebezpieczny przedmiot, a sytuacja jest krytyczna, słyszy odpowiedź, która – jak wspomina – tylko pogłębia jej poczucie osamotnienia.
Większość znajomych nie rozumie sytuacji Anny. Zamiast wsparcia słyszy sugestie, że Julia manipuluje i próbuje wymusić na niej określone reakcje.
– Czasem miałam wrażenie, że niektórzy znajomi nie dzwonili z troski, tylko z ciekawości – opowiada Anna. Pytali: A co Julia znowu zrobiła? Czego znowu nie zrobiła? To nie było współczucie ani prawdziwe wsparcie.
Anna, by przetrwać, wykształca w sobie mechanizm obronny. Jej codzienność staje się listą zadań do wykonania: sprawdzać, czy w domu nie pojawiło się nowe zagrożenie, przypilnować aby córka zapisała się do lekarza, pójść do pracy by zarobić na prywatne wizyty dla córki.
Plan
Pierwszy poważny sygnał ostrzegawczy przychodzi pod koniec września 2024 r., gdy Julia w stanie silnego kryzysu łapie za nóż i ucieka do pobliskiego lasu. Anna zawiadamia służby.
Po kilku godzinach nerwowego oczekiwania dziewczyna wraca do domu z koszem grzybów. Policjantom i ratownikom medycznym przyznaje się do wcześniejszych prób samookaleczenia, a także o myślach o odebraniu sobie życia
Na karcie medycznej zespołu ratowniczego zapisano: pacjentka deklaruje chęć odebrania sobie życia.
Karetka wiezie dziewczynę do szpitala specjalistycznego, ale jej hospitalizacja trwa kilka minut. Jednak Julia wycofuje ze swoich słów, a lekarz wręcza jej wypis.
Kilka tygodni później, gdy Anna musi pilnie wyjechać, Julia podejmuje kolejną próbę.
Kiedy Anna wraca do domu i rozpakowuje torbę, dostaje od córki krótką wiadomość pożegnalną.
„Ogromnie Cię kocham mamusiu, przepraszam, że nie dałam rady. Bardzo cię kocham. Błagam, zajmij się Bobikiem” – pisze w liście pożegnalnym. Dodaje, aby najbliżsi nie obwiniali się o jej śmierć.
– Co to jest – pyta córkę.
– Ustawiłam je wcześniej. Miały dojść dopiero wtedy, kiedy będziesz już w domu – odpowiada spokojnie Julia.
Wtedy jeszcze się wycofała, zrezygnowała w ostatniej chwili.
W chwili desperacji Anna sama jedzie do doktor leczącej Julię. Opowiada jej, co dzieje się w domu: o lęku, kolejnych kryzysach, myślach samobójczych córki.
Kilka dni później obie kobiety siedzą razem w gabinecie. Anna wyciąga list pożegnalny córki i pokazuje lekarce ostatnie wiadomości w telefonie.
Psychiatra odwraca się do dziewczyny i zadaje pytanie: – Czy jak stąd wyjdziesz, to nadal będziesz próbować odebrać sobie życie? – Tak – odpowiada bez wahania.
Lekarka pisze pilne skierowania do hospitalizacji w szpitalu psychiatrycznym. W dokumentacji odnotowuje, że pacjentka ma myśli samobójcze. Chwilę później kobiety są już na Izbie Przyjęć. To co tam się wydarzyło, do dziś budzi w Annie emocje. Dyżurujący lekarz bierze dokumenty, rozmawia z Julią i odsyła ją do domu. Kobieta odmawia przyjęcia na oddział.
Trzy tygodnie później – 18 listopada 2024 r. – Julia realizuje swój plan.
Procedury
Zgodnie z przepisami pacjent przyjmowany do szpitala musi zgodzić się na leczenie. Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego przewiduje jednak sytuacje, że w momentach skrajnego kryzysu, gdy zachowanie człowieka wskazuje na bezpośrednie zagrożenie własnego życia, lekarz dyżurny dostaje do ręki narzędzie, prawo do zatrzymania pacjenta na oddziale wbrew jego woli.
Ta granica jest płynna i niewidzialna. O ostatecznym kroku zawsze decyduje lekarz, ważąc słowa, gesty i spojrzenie człowieka stojącego po drugiej stronie.
Gdy zdecyduje się przyjąć pacjenta wbrew jego woli rusza proceduralna machina. W ciągu 48 godzin decyzję dyżurnego musi zatwierdzić ordynator oddziału. Z kolei w ciągu 72 godzin informacja trafia do sądu opiekuńczego.
Anna zna te przepisy na pamięć. Nie wie, dlaczego w przypadku jej córki nie zadziałały.
– Dlatego chciałem opowiedzieć tę historię, bo chcę wierzyć, że historia Julii spowoduje, że w przyszłości inni lekarze w podobnej sytuacji zastanowią się dwukrotnie, zanim podejmą decyzję – mówi.
Czas
W domu Anny panuje cisza. Na stole leżą pisma do prokuratury i sądu. Kobieta chce, aby sprawą jej córki zajęli się śledczy. Sprawdzili, czy wszystko zadziałało prawidłowo. Prokuratura nie widzi, aby doszło do złamania prawa i odmawia wszczęcia śledztwa. Anna odwołuje się od decyzji, od pół roku czeka na decyzję sądu.
– Gdybym mogła cofnąć czas, odizolowałabym nas od wszystkich – mówi. – Wyjechałabym z nią na miesiąc, na dwa, na pół roku. Na drugi koniec świata, byle daleko od tego domu, od szpitali, od ludzi, którzy mówili, że ona tylko manipuluje. Częściej mówiłabym jej, jak bardzo ją kocham.
Kobieta podaje mi mały notes, w którym zapisuje każdy sen, w którym pojawia się Julia.
Pierwszy pojawia się na dzień przed śmiercią: „Jest brudna woda. Topi się niemowlę. Wyciągam z wody to niemowlę i czuję, że to Julia”.
Kilka dni po tragedii Anna notuje, że kot, który wcześniej uwielbiał spędzać czas na dworze, syczy przy drzwiach balkonowych i przez kolejne dni nie chce wychodzić. W tym samym czasie, zasypiając, słyszy słowo Julii: „przepraszam”.
W zapiskach z końca listopada 2024 r. wciąż powraca motyw niewidzialnego zagrożenia i uwięzienia.
Notatki z grudnia 2024 r.: „Wychodzę z budynku, widzę Julię, jak biegnie szczęśliwa, w zielonym płaszczu. Pytam się, czy wróci do mnie. Odpowiada: Tak – i biegnie dalej szczęśliwa”.
Gdy wspomina o tym śnie, milknie na chwilę. Potem mówi cicho: „Julio, wracaj”.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz:[email protected]












