Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Rozłam w Prawie i Sprawiedliwości stał się faktem. Pana pierwsza reakcja?


Ryszard Czarnecki: Na pewno jest to największy rozłam w historii PiS. Jestem w PiS od 18 lat i pamiętam dotychczas cztery takie duże rozłamy. Pierwszym było odejście Marka Jurka, Mariana Piłki, Artura Zawiszy czy posłanki Marzeny Wróbel – to było konserwatywne, bardziej prawicowe skrzydło PiS. To ci, którzy głosowali przeciwko wejściu Polski do UE, a w tym czasie motywowali swoją decyzję kwestiami ochrony życia. Potem było odejście Kazimierza Michała Ujazdowskiego i Pawła Zalewskiego. Poważniejsze w konsekwencjach okazało się odejście Zbigniewa Ziobry i Jacka Kurskiego, z czego powstała Solidarna Polska. Wreszcie odejście Michała Kamińskiego, Adama Bielana, Pawła Kowala, Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Marka Migalskiego czy Pawła Poncyljusza, czyli powstanie PJN-u.

Z tego wszystkiego to, co stało się dzisiaj, jest na pewno najpotężniejszym trzęsieniem ziemi na prawicy.


Jakie to będzie miało konsekwencje w kontekście nadchodzących wyborów? Czy to koniec duopolu KO-PiS, jak twierdzi marszałek senior Marek Sawicki?


Wejście Konfederacji do Sejmu w 2019 roku, a teraz istnienie dwóch innych partii prawicowych poza PiS-em, pokazuje, że partia Jarosława Kaczyńskiego – pozostając największą formacją na prawicy – nie ma na niej już, stety dla jednych, niestety dla PiS, monopolu. Nie przedstawiałbym jednak tak szumnych deklaracji jak marszałek Sawicki. Chyba, że z jego strony było to zaproszenie do tańca dla formacji Mateusza Morawieckiego, aby zrobić koalicję z PSL.

Nie sądzę jednak, by było to interesujące dla Morawieckiego.


PSL zdecydowanie deklaruje, że żadnych rozmów z ludźmi Morawieckiego nie będzie.


Teraz to wszystko jest świeże, zobaczymy, co będzie dalej. Jedno jest pewne: to ważny punkt zwrotny i moment przełomowy zarówno dla PiS-u, jak i dla całej polskiej sceny politycznej, zwłaszcza prawicowej.


Zapewne będą próby przeciągania innych polityków PiS do Mateusza Morawieckiego. Słyszał pan o takich sytuacjach albo sam otrzymał propozycje? To w końcu potężne zaplecze.


O prywatnych rozmowach się nie wypowiadam. Mogę natomiast powiedzieć, że na razie ludzie Mateusza Morawieckiego skupili się na tym, aby zachować stan posiadania i utrzymać tych, którzy podpisali deklarację odejścia. Na pewno będą jednak starali się łowić nowe nazwiska i ogłaszać ewentualne transfery, choćby po to, by pokazać, że są atrakcyjną alternatywą dla istniejących środowisk prawicowych.


Dlaczego, mimo prób pojednania, nie udało się dogadać? A może za jakiś czas, jak emocje opadną, prezes PiS dogada się z byłym premierem i wspólnie wystartują jednak w wyborach?


Odrzucam narrację – powielaną przez niektórych dziennikarzy i ekspertów, że to polityczna ustawka, a Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki dogadali się, aby teraz się rozejść, a potem połączyć siły przed wyborami i pokazać efektywność prawicy. Nie, tu nie ma żadnej gry. Emocje są zbyt duże. Nie będzie powtórki z projektu Zjednoczonej Prawicy sprzed kilkunastu lat. To, co się stało, już się nie odstanie.

Mogę wyobrazić sobie ewentualną współpracę w ramach przyszłego rządu, ale najpierw nowa formacja musi przejść suchą stopą przez wybory i stać się podmiotem w parlamencie, co nie będzie łatwe.

Share.
Exit mobile version