Tomasz Walczak, Interia: – Wygląda na to, że Donald Trump przegrał bitwę w wojnie z amerykańskimi mediami. Sąd nakazał mu przywrócić dostęp do Białego Domu dziennikarzom, których w piątek z niego wyrzucił. To jednak tylko jedna z wielu historii pokazujących, jak prezydent próbuje uciszyć amerykańskie media.
Gene Policinski, amerykański ekspert ds. wolności mediów, Freedom Forum: Rzeczywiście jest tego dużo więcej.
Trump mediom nie odpuści?
– Od dawna krytykuje wiele mediów i konkretnych dziennikarzy. Jego niezadowolenie budzą krytyczne wobec niego doniesienia medialne. Zarówno poszczególne artykuły, jak i ogólny sposób, w jaki media o nim mówią. Jak widać po historii z wyrzuceniem dziennikarzy trzech redakcji z Białego Domu, jest gotowy na wiele.
Choć chyba wiedział, że sąd nie stanie po jego stronie.
– Sam przyznawał, że zakaz raczej nie obroni się w sądzie, ale i tak chciał go wprowadzić. Podobnie było przecież z Associated Press – jednej z największych agencji informacyjnych świata – której zakazał wstępu do Gabinetu Owalnego czy Air Force One. Tu sprawa ciągle toczy się przed sądami.
Jaki ma w tym w ogóle cel?
– Już w pierwszej kadencji nazywał media wrogami publicznymi, więc widać tu pewien wzorzec. Myślę, że pokazuje on wyraźnie, że chce mieć kontrolę nad tym, co dziennikarze mówią i piszą na jego temat i na temat jego administracji.
– Celowo używam słowa „kontrola”, a nie „uciszanie”, ponieważ Donald Trump wyraźnie lubi rozmawiać z mediami i dawać im dostęp do siebie. Oczywiście tylko z tymi, które lubi i których nie uważa za „fake newsy”.
Zakaz dla mediów czy próba ich kontroli lub cenzurowania może spotkać się ze sprzeciwem, kiedy zostanie ujawniona lub nagłośniona. Autocenzura najczęściej odbywa się w ukryciu i – jeśli zabraknie sygnalisty – prawdopodobnie nikt się o niej nie dowie
Wybieranie przychylnych sobie mediów i odsuwanie tych krytycznych to tylko jeden ze sposobów, do których się ucieka, by kontrolować przekaz na swój temat. Chętnie na przykład wykorzystuje instytucje państwa, by wywrzeć presję lub zmusić właścicieli mediów do autocenzury. I to chyba jest najbardziej niebezpieczne.
– W krótkiej perspektywie czasowej zakazy dla mediów mają swoje oczywiste negatywne efekty: brak nagrań audio i wideo słów prezydenta, brak dopytywania go o różne rzeczy czy w ogóle brak kontaktu z przedstawicielami administracji sprawiają, że nie będzie niezależnych źródeł informacji dotyczących ważnych kwestii czy ważnych wydarzeń.
– W dłuższej perspektywie to jednak wspomniana przez pana autocenzura jest dużo większym zagrożeniem. Fakt, że pewne tematy nie są pogłębione przez różne i niezależne media, to bowiem jedno. Ale tematy, za którymi nikt nie pójdzie i nikt o nich nie napisze, będą oznaczać, że opinia publiczna nawet nie będzie wiedzieć, że się jej o czymś nie informuje.
– Zakaz dla mediów czy próba ich kontroli lub cenzurowania może spotkać się ze sprzeciwem, kiedy zostanie ujawniona lub nagłośniona. Autocenzura najczęściej odbywa się w ukryciu i – jeśli zabraknie sygnalisty – prawdopodobnie nikt się o niej nie dowie.
Zagrożenie ze strony Trumpa dla wolności mediów, którą Ameryka tak się szczyci, jest, pana zdaniem, bezprecedensowe?
– Jeśli chodzi o kwestię „zagrożenia”, to nie powinno się ono skupiać wyłącznie na mediach i dziennikarzach, ale także na opinii publicznej. Amerykanie potrzebują zróżnicowanych, nieskrępowanych i wolnych od rządowej kontroli lub wpływów mediów informacyjnych, aby skutecznie uczestniczyć w rządzeniu krajem. A to przecież istota naszej demokracji.
– W takim systemie wszelkie doniesienia medialne – zarówno te przychylne, neutralne, jak i krytyczne – są weryfikowane pod kątem ich rzetelności. Dzięki temu wyborcy mogą sami odsiewać informacje, opierając się na źródłach, do których mają zaufanie. I na tej podstawie podejmować świadome decyzje przy urnach.
Ten system przestaje działać?
– Oczywiście odbieranie akredytacji i zakaz wstępu na teren Białego Domu drastycznie utrudniają pracę dziennikarzom. Jednak największym zagrożeniem, jakie niosą za sobą takie decyzje obecnej administracji, jest odcięcie opinii publicznej od zróżnicowanych źródeł informacji.
W Polsce długo patrzyliśmy na Stany Zjednoczone jako na kraj silny instytucjami, które są w stanie obronić się przed tymi, którzy chcą je zniszczyć. Druga kadencja Donalda Trumpa i jego determinacja dowodzą, że niekoniecznie tak jest. Pana zdaniem, w kwestii wolności mediów amerykański system polityczny i prawny jest w stanie ją chronić?
– Jeśli w przyszłości nie pojawią się nowe ustawy, a Sąd Najwyższy USA nie dokona radykalnego zwrotu w swoim orzecznictwie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że dziś ta ochrona jest wystarczająco silna.
– Jak jednak mawiał mój wieloletni redakcyjny kolega: „wolność słowa nigdy nie jest dana raz na zawsze; to proces, o który trzeba stale dbać i go zabezpieczać”. Każde pokolenie musiało mierzyć się z nowymi wyzwaniami i na nowo stawiać pytania o granice oraz praktyczne zastosowanie tych swobód.
68 proc. badanych popiera kontrolną funkcję mediów. Podobny poziom poparcia utrzymuje się w corocznych sondażach Freedom Forum od blisko trzydziestu lat. To jasny sygnał, że Amerykanie nie chcą uległej, stosującej autocenzurę prasy, która zamiast patrzeć władzy na ręce, łasiłaby się do niej
Na swój sposób ta walka jest tak stara jak same Stany Zjednoczone.
– Dokładnie. Zaledwie siedem lat po ratyfikacji Pierwszej Poprawki do konstytucji, która chroniła wolność słowa, Kongres wraz z administracją prezydenta Johna Adamsa uchwalił w 1798 r. niesławną ustawę Sedition Act.
– Przepisy te – wprowadzone rzekomo w odpowiedzi na groźbę wojny z Francją – uznawały krytykę prezydenta i parlamentu za przestępstwo. Ustawa wygasła po trzech latach, okazując się kompletnym fiaskiem i budząc ogromny opór amerykańskiego społeczeństwa.
– Tamto historyczne doświadczenie zadziałało jak szczepionka, która na ponad dwa stulecia uodporniła Stany Zjednoczone na próby ograniczania wolnej prasy. I choć obecne zakazy oraz agresywna retoryka władz wymagają od nas czujności i obrony niezależnego dziennikarstwa, to litera prawa oraz dotychczasowe wyroki sądów stojące na straży Pierwszej Poprawki wciąż pozostają nienaruszone.
Sami Amerykanie ciągle w to wierzą? Bo polaryzacja w Stanach Zjednoczonych ma i tę swoją konsekwencję, że skłócone społeczeństwo gotowe jest zamknąć sobie usta. Sympatycy Donalda Trumpa ataki na media głównego nurtu bardzo sobie cenią i im kibicują.
– Wyrazem silnego społecznego poparcia dla mediów w ich tradycyjnej roli kontrolnej są opublikowane 22 września wyniki corocznego badania instytutu Freedom Forum pt. „Where America Stands”.
– Wynika z nich, że zaledwie 17 proc. Amerykanów uważa, iż rząd powinien decydować, którzy dziennikarze mogą brać udział w oficjalnych konferencjach prasowych na podstawie ich wcześniejszych materiałów czy poglądów.
– Ponadto w tym roku aż 68 proc. badanych popiera kontrolną funkcję mediów. Podobny poziom poparcia utrzymuje się w corocznych sondażach Freedom Forum od blisko trzydziestu lat. To jasny sygnał, że Amerykanie nie chcą uległej, stosującej autocenzurę prasy, która zamiast patrzeć władzy na ręce, łasiłaby się do niej.
Rozmawiał Tomasz Walczak
-
Dla Łukaszenki jest ekstremistą. Jego książki zostały zakazane i zniszczone. „Odmawiam roli ofiary”
-
Bolesna porażka Trumpa. Plan na kluczowe wybory legł w gruzach. „Nielegalna interwencja”


