-
W Stanach Zjednoczonych trwa debata dotycząca ustawowego zablokowania eksportu ropy naftowej w związku z rosnącym napięciem na rynkach światowych.
-
Rezerwy ropy na świecie się wyczerpują, a blokada cieśniny Ormuz przez Iran zwiększa zagrożenie kryzysem paliwowym.
-
Ewentualne wstrzymanie eksportu ropy przez USA może spowodować gwałtowne turbulencje w gospodarce światowej oraz przynieść korzyści Iranowi.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
– Po co mielibyśmy wysyłać ropę za granicę, skoro Amerykanie są oszukiwani na stacjach benzynowych. Powinniśmy mieć zapasy ropy dla obywateli. To obniżyłoby cenę – ogłosił 20 kwietnia w telewizji Fox Business kongresmen Ro Khanna. Prowadząca poranny program „Mornings with Maria” Maria Bartiromo dopytywała go o sens przygotowywanego projektu ustawy, nakładającej embargo na eksport benzyny i ewentualnie także ropy naftowej z USA, a także motywacje polityczne.
– Mario, to chodzi o zdrowy rozsądek – odparł jej w stylu Donalda Trumpa kongresmen Khanna, wyrastający na jedną z gwiazd Partii Demokratycznej. Czego najlepszym dowodem są powtarzające się w amerykańskich mediach spekulacje, że zamierza wystartować w nadchodzących wyborach prezydenckich.
Walka o zapewnienie Amerykanom taniej benzyny jest znakomitym sposobem, żeby się wypromować i nie tylko Ro Khanna już to dostrzegł. Dlatego od ponad dwóch tygodni w Stanach Zjednoczonych rozkręca się debata na temat ustawowego zablokowania eksportu ropy naftowej.
Iran-USA. Kryzys paliwowy
Debatę w USA z pewnością uważnie śledzą irańskie władze. Im dłużej będzie zablokowana cieśnina Ormuz, tym większe szanse, że zwolennicy embarga przechylą szalę na swoją stronę.
Iran może zyskać renomę państwa, które nie ugięło się przed Ameryką i potrafiło zadać jej bardzo bolesne ciosy. Dla reżymu w Teheranie taka renoma może być warta poświęcenia nawet wszystkich elektrowni, mostów i odwiertów naftowych, których zniszczeniem grozi Trump
Od rozpoczęcia wojny na światowy rynek naftowy przestało regularnie trafiać ok. 10-11 mln baryłek ropy dziennie. Jednocześnie – wedle kwietniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) – rekordowe ceny spowodowały spadek konsumpcji jedynie o 800 tys. baryłek dziennie.
Dlatego pod egidą IEA zrzeszone w niej kraje rozpoczęły proces uwalniania posiadanych rezerw strategicznych, stabilizując ceny, rynek oraz panujące na nim nastroje. Ale rezerwy powoli się wyczerpują i nie są uzupełniane. Wedle raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej:
„W marcu globalne zapasy ropy spadły o 85 mln baryłek”.
Na razie w Europie zaczyna brakować paliwa lotniczego, a codzienne problemy z dostępem do produktów ropopochodnych odczuwają kraje afrykańskie i biedniejsze kraje na Dalekim Wschodzie na czele ze:
Napięcie stopniowo rośnie, lecz towarzyszy mu nadzieja na rychłe zakończenie wojny i odblokowanie cieśniny.
Wyobraźmy sobie więc ten moment, gdy, powiedzmy, za jakieś dwa miesiące Donald Trump w swoim stylu ogłasza w mediach społecznościowych, iż USA wstrzymują eksport ropy. Zatem do brakujących 10 mln baryłek dziennie z regionu Zatoki Perskiej nagle dochodzi odcięcie świata od ok. 5,5 mln baryłek z USA. Przy jednocześnie wyczerpujących się rezerwach strategicznych.
Do opisania możliwych reakcji: giełd, banków, a następnie spanikowanych rządów najlepiej użyć słów Greka Zorby, który oglądając takie rzeczy, zwykł mówić z zachwytem:
„Jaka piękna katastrofa”.
Wojna na Bliskim Wschodzie. Kurs na nieuchronne
Po tym, jak czasowe zawieszenie sankcji nałożonych na rosyjską ropę naftową i produkty ropopochodne niewiele zmieniło, Donald Trump postanowił zmusić amerykańskie koncerny paliowe do zwiększenia wydobycia. W tym celu w poniedziałek opublikował pięć memorandów skierowanych do urzędników obecnej administracji.
„Ropa naftowa napędza siły zbrojne, bazę przemysłową i kluczową infrastrukturę. Bez natychmiastowych działań federalnych, potencjał obronny Stanów Zjednoczonych pozostanie podatny na zakłócenia” – czytamy w jednym z nich. Po czym prezydent, powołując się na Defense Production Act (DPA) oraz ogłoszony przez siebie 20 stycznia 2025 r. stan wyjątkowy w energetyce, zażądał nadzwyczajnych działań, które doprowadzą do: „zwiększenia krajowej produkcji energii i obniżenia cen paliw”.
Teraz to członkowie jego administracji na czele z sekretarzem energii Christopherem Wrightem muszą się martwić, jak tego dokonać. Tak aby cena benzyny na stacjach paliw spadła znów poniżej 3 dolarów za galon, a ceny żywności nie wzrosły w ciągu 2026 r. o więcej niż 4 proc. Takiego obrotu sprawy zaczął się obawiać Departament Rolnictwa USA – z powodu wydatków generowanych przez coraz droższe paliwa. Różnica niby niewielka, ale dla Amerykanów oznacza największy od dwóch dekad jednorazowy wzrost kosztów życia. I to na pół roku przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu.
Sektor naftowy, po zakończeniu konsolidacji, znacząco zredukował liczbę nowych odwiertów w USA oraz przeznaczone na to środki. Teraz zaś zajmuje się konsumpcją łatwych zysków. Nie wyraża więc ochoty do radykalnego zwiększenia wydobycia, aby nie narazić się na podniesienie w przyszłości wysokich kosztów nadprodukcji ropy. W krótkim terminie, wedle sporządzonych szacunków, jest w stanie zwiększyć wydobycie o 800 tys. baryłek dziennie. I to byłoby na tyle, gdy na rynku potrzeba około 10 mln, żeby wszyscy mogli spać spokojnie.
Co więcej, narażony jest na azjatycką pokusę. Zdesperowane rafinerie w Azji wyrażają już gotowość, by płacić nawet 200 dolarów za baryłkę. Po co więc irytować swymi finansowymi wymaganiami Amerykanów, skoro można sprzedać produkt komuś, kto zapłaci prawie dwa razy drożej i jeszcze będzie wdzięczny.
Takie okoliczności sprawiają, że jeszcze w styczniu tego roku eksport ropy naftowej z USA wynosił 3,94 mln baryłek dziennie, po czym wystrzelił w górę. Śledząca globalne rynki paliw firma doradcza Kpler szacuje, że w maju osiągnie 5,5 mln baryłek dziennie. Wszystko to przy niezauważalnym wzroście wydobycia.
Stąd właśnie wzięła się krucjata kongresmen Ro Khanna i rosnące poparcie dla niej. Amerykańskie koncerny naftowej redukują dostawy na rodzimy rynek, ponieważ wszędzie indziej dostaną większe pieniądze. Do niedawna działo się to przy radosnej aprobacie prezydenta Trumpa. Jeszcze 1 kwietnia 2026 r. w wygłoszonym przemówieniu wszywał on inne kraje:
„Kupujcie ropę od Stanów Zjednoczonych. Mamy jej mnóstwo”.
Japonia, Korea Południowa, Indie oraz cała Europa ochoczo zaczęły korzystać z tej propozycji. Zaś zachwyt Trumpa, okazywany własnemu geniuszowi, potrwał całe trzy tygodnie. Po czym, zupełnie jak z atakiem na Iran, do jego świadomości zaczęło docierać, że takie pomysły rodzą daleko idące konsekwencje.
Zakaz eksportu w USA coraz bardziej realny
Jeśli Iran utrzyma do lata blokadę cieśniny Ormuz, to proces zasysania przez cały świat ropy naftowej i jej pochodnych z USA jedynie się nasili.
Przecież obok bieżących potrzeb konieczna jest odbudowa strategicznych rezerw, przed nadejściem chłodniejszych miesięcy. W ich trakcie wedle danych IEA zapotrzebowanie na paliwa płynne i olej opałowy jest wyższe średnio o 3 proc. Niby znów niewiele, pod warunkiem, że owe 3 proc. więcej ma się do dyspozycji. Jednocześnie kraje azjatyckie stać na to, żeby przelicytować odbiorców z USA i płacić koncernom naftowym wyższe stawki.
W tym miejscu dochodzimy do analizy, opublikowanej 20 kwietnia, przez zajmującą się doradztwem inwestycyjnym firmę HFI Research (HFIR). Szacuje ona, że nieuchronnie i bardzo szybko zbliża się punkt krytyczny w wyczerpywaniu się rezerw po przekroczeniu którego:
„Wszyscy będą musieli walczyć o baryłki na rynku, a jeśli cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta, to właśnie wtedy rafinerie zapłacą każdą cenę, aby zabezpieczyć potrzebne im zapasy. Alternatywą jest bowiem zamknięcie rafinerii”.
Następnie można w niej wyczytać, że „do końca lipca komercyjne zasoby ropy naftowej w USA spadną poniżej 400 milionów baryłek i zbliżą się do minimum operacyjnego (370-380 milionów baryłek)”. To zaś będzie oznaczało realną groźbę, że zwykły Amerykanin jadąc na stację benzynową, nie będzie mógł mieć stuprocentowej pewności, czy zatankuje na niej paliwo.
„W pewnym momencie administracja Trumpa będzie musiała zakazać zarówno eksportu produktów (ropopochodnych – przyp. aut.), jak i ropy naftowej. Podejrzewamy, że Trump najpierw zakaże eksportu produktów, a jeśli amerykańskie rafinerie zaczną ograniczać przepustowość z powodu kompresji marż, to zakażą eksportu ropy naftowe” – brzmi podsumowanie.
Oczywiście to tylko prognoza, jak wiele innych, obarczona dużym prawdopodobieństwem, że się nie spełni.
Kto straci najmniej na koszmarnym scenariuszu? Odpowiadam: Iran
Co zrobi Donald Trump w momencie, gdy zagrożony zostanie codzienny dostęp Amerykanów do paliw, a Partia Demokratyczna będzie żądać przyjęcia ustawy blokującej ich eksport? Prezydent USA ma pod ręką rewolwer w postaci przyjętej w momencie zagrożenia wybuchem wojny z ZSRR we wrześniu 1950 r. ustawę Defense Production Act (DPA). Na mocy tego prawa, może zablokować wywóz z USA każdego produktu uznanego za niezbędny dla bezpieczeństwa kraju.
A że po takim „strzale” światowa gospodarka może nakryć się nogami, to niekoniecznie musi przemówić do wyobraźni Trumpa. Gdy zaś w konsekwencji to samo spotka i amerykańską gospodarkę, wówczas na odwrót będzie już za późno.
Na tak koszmarnym scenariuszu ze wszystkich krajów naszego globu najmniej może stracić Iran. Może natomiast zyskać renomę państwa, które nie ugięło się przed Ameryką i potrafiło zadać jej bardzo bolesne ciosy. Dla reżymu w Teheranie taka renoma może być warta poświęcenia nawet wszystkich elektrowni, mostów i odwiertów naftowych, których zniszczeniem grozi Trump. Wprawdzie oznacza to poświęcenie także przyszłości kolejnych pokoleń Irańczyków, ale dla ajatollahów taka cena wygląda na całkowicie możliwą do przyjęcia.












