W niedzielę 13 września rano polskie systemy wykryły atak kilkunastu dronów Gerań-5 na zachodnią Ukrainę. W odpowiedzi polskie wojsko poderwało myśliwce, a mieszkańcy przygranicznych województw zostali ostrzeżeni przed zagrożeniem.
W bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy odnotowano dwa uderzenia bezzałogowców. W wyniku jednego z nich rosyjski dron uszkodził lokomotywę pociągu pasażerskiego relacji Kijów – Warszawa znajdującego się na stacji Jagodzin, około dwóch kilometrów od granicy z naszym krajem. Z kolei drugi bezzałogowiec uderzył w stację benzynową w pobliżu przejścia granicznego Dorohusk-Jagodzin.
Analityk: Rosja jest gotowa do przejścia na kolejny etap konfrontacji
O rosyjskich atakach rozmawialiśmy z dr. Łukaszem Maślanką, głównym specjalistą z Zespołu Bezpieczeństwa i Obronności z Ośrodka Studiów Wschodnich. Zdaniem eksperta niedzielny atak miał charakter nie tylko militarny, ale przede wszystkim polityczny. – Rosja chce w ten sposób uświadomić państwom graniczącym z Ukrainą – w tym Polsce – że dostrzega ich wsparcie wojskowe dla Kijowa i że wsparcie to jej się nie podoba. Celem jest wywołanie strachu w społeczeństwach tych krajów, co w efekcie miałoby doprowadzić do ograniczenia pomocy – mówi w rozmowie z Gazeta.pl.
Dr Maślanka zwraca również uwagę, że to jednocześnie sygnał skierowany do samej Ukrainy. Rosja do tej pory rzadko atakowała korytarze transportowe i linie kolejowe – zdarzały się uderzenia w stacje, ale nie próby sparaliżowania całego systemu transportowego kraju. – Atakując pociąg międzynarodowy poruszający się kluczowym korytarzem łączącym Ukrainę z Unią Europejską, Rosja sygnalizuje Kijowowi, że jest gotowa do przejścia na kolejny etap konfrontacji w odpowiedzi na coraz skuteczniejsze ataki Ukrainy w głąb rosyjskiego terytorium – dodaje.
„Agresywne” manewry wojskowe przy obwodzie królewieckim
Odnosząc się do propozycji szefa MSZ Radosława Sikorskiego, by przeprowadzić „agresywne” ćwiczenia NATO przy granicy z obwodem królewieckim, analityk zauważa, że aktywność wojskowa wokół tego terytorium trwa nieprzerwanie. – Samoloty państw NATO – zwiadowcze i myśliwskie – na bieżąco patrolują ten obszar, na mapach lotów widać, jak drony i maszyny Sojuszu okrążają obwód, sprawdzając rozwój rosyjskich instalacji wojskowych – podkreśla.
Analityk przypomina też o polskiej i sojuszniczej obecności wojskowej w województwach warmińsko-mazurskim i podlaskim, a także i w woj. pomorskim – zwłaszcza że Gdańsk jest metropolią najbliższą obwodowi królewieckiemu. Ta obecność wciąż się rozwija, również Niemcy rozbudowują swoje siły na Litwie do poziomu brygady. W regionie stacjonują również wojska amerykańskie.
Czy sojusznicy zdecydują się na specjalne ćwiczenia w odpowiedzi na ostatnie działania Rosji? Tego – jak przyznaje Maślanka – nie da się dziś przewidzieć. Zaznacza jednak, że zabieganie o taką intensyfikację nie jest sprzeczne z interesem Polski.
Co kryje się za „niewidoczną” odpowiedzią NATO?
Spytaliśmy również o słowa sekretarza generalnego NATO Marka Rutte, który zapowiedział, że odpowiedź Sojuszu na tego typu działania „nie zawsze będzie widoczna”. W odpowiedzi Maślanka wskazał na precedens sprzed roku. Po tym, jak we wrześniu 2025 roku co najmniej kilkanaście rosyjskich dronów przekroczyło polską granicę, znacząco wzrosła aktywność lotnictwa sojuszniczego w pobliżu obwodu królewieckiego i granic Białorusi. Pojawiły się wówczas między innymi samoloty francuskich sił powietrznych zdolne do przenoszenia broni nuklearnej. To – jak podkreśla ekspert – czytelny, choć niejawny, sygnał gotowości NATO do obrony terytorium Sojuszu.
Zapytany, czy taka powściągliwa retoryka nie sprawia wrażenia unikania stanowczej reakcji z obawy przed eskalacją, ekspert zwraca uwagę, że w tym przypadku nie doszło do naruszenia terytorium Polski. Przypomina przy tym o wyłowionym w poniedziałek w okolicach miejscowości Rusinowo (woj. zachodniopomorskie) dronie. Zaznacza jednak, że sam incydent z pociągiem nie wykracza poza to, co notowano już wcześniej – od pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku.
Kilka tygodni po jej rozpoczęciu doszło do ataku rakietowego na poligon w Jaworowie, leżący dosłownie kilka kilometrów od polskiej granicy. Podobnie jak wówczas, tak i teraz atak był skierowany na terytorium państwa, z którym Rosja prowadzi wojnę – bez naruszenia granicy NATO. – Natomiast jest to oczywiście sygnał polityczny, który został odebrany w Warszawie, Brukseli i jest to oczywiście prawidłowe odczytanie tego jako pewnego rodzaju pogróżka – dodaje dr Maślanka.
NATO powinno wprowadzić strefy zakazu lotów nad zachodnią Ukrainą?
Na pytanie, czy polski rząd powinien zareagować inaczej niż dotychczas, Maślanka odpowiada jednoznacznie: Polska nie chce i nie może stać się stroną wojującą w konflikcie między Rosją a Ukrainą. Przypomina, że w dyskusji publicznej pojawia się temat ewentualnego ogłoszenia przez NATO strefy zakazu lotów nad zachodnią Ukrainą, co dawałoby Sojuszowi prawo do zestrzeliwania obiektów latających naruszających taki zakaz. – Wymagałoby to jednak jednomyślnej decyzji całego NATO, co byłoby bardzo trudne do osiągnięcia – ocenia nasz rozmówca.
Mimo to samo podnoszenie tego argumentu nie jest sprzeczne z polskim interesem. Ekspert podkreśla, że byłoby ono zgodne z prawem międzynarodowym. – Rosja oczywiście potraktowałaby to jako włączenie się państw NATO do wojny i dlatego prawdopodobnie do tego nie dojdzie – ocenia analityk.
Ataki hybrydowe nie ustaną
Zapytaliśmy również naszego rozmówcę, czy powinniśmy się czegoś obawiać. Ekspert nie ma złudzeń: – Ataki hybrydowe na pewno nie ustaną, ponieważ jest to skuteczny sposób destabilizowania sytuacji w państwach NATO bez jednoczesnego rozpoczynania bezpośrednich działań wojennych przeciwko nim – podkreśla dr Maślanka.
– Moskwa uważa przecież, że to państwa NATO prowadzą działania hybrydowe przeciwko Rosji – chociażby poprzez dostawy uzbrojenia dla Ukrainy – i traktuje akty sabotażu na własnym terytorium (najprawdopodobniej przeprowadzane przez Ukrainę – red.) jako efekt tego wsparcia, eskalując w odpowiedzi analogiczne działania na terenie państw NATO – mówi analityk.
– Potrzebna jest czujność, na pewno niepotrzebna jest panika, potrzebna jest też współpraca obywateli z organami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo i rozbudowa szeroko rozumianych struktur bezpieczeństwa wewnętrznego w Polsce i innych państwach NATO – zaznacza ekspert.
Dr Maślanka zwraca też uwagę na lukę w publicznej debacie: znacznie więcej mówi się o zbrojeniach i wzmacnianiu sił zbrojnych niż o rozbudowie struktur bezpieczeństwa wewnętrznego, w tym służb imigracyjnych. Przypomina, że w przeciwieństwie do sytuacji sprzed 10-15 lat, w Polsce przebywa obecnie około dwóch milionów cudzoziemców, a nie o wszystkich wiadomo wystarczająco – część z nich może być skłonna do współpracy ze służbami specjalnymi Rosji i Białorusi. – Polskie służby specjalne muszą mieć więcej narzędzi do tego, żeby skutecznie sobie z tymi wyzwaniami radzić – podkreśla.


