Trybunał Konstytucyjny, w praktyce instytucjonalnej może być jednym z najbardziej nieudanych projektów trzeciej RP. Nie ma co się oszukiwać. Zjednoczona prawica do TK wybierała ludzi według klucza „mierny, ale wierny”. Zaś uśmiechnięta koalicja, będąca w wielomiesięcznej zwłoce z wyborem kolejnych sędziów, gdy już zdecydowała się na działanie, to też niezbyt się przejmowała zdaniem ekspertów. W kulisach tego teatru było słychać dwa zdania: „ale kto to jest?” oraz „no on, to wiadomo”. I właściwie tylko profesor Marcin Dziurda nie budził większego oporu masy prawniczej.
Prezydent Nawrocki jego akurat nie polubił i nie chciał zaprosić do Pałacu Prezydenckiego. Ktoś musi powiedzieć głowie państwa, że siedemnastowieczne angielskie przysłowie „My home is my castle” nie dotyczy Pałacu Prezydenckiego. Tam trzeba przyjmować gości zgodnie z przepisami, a nie swoim widzimisię.
Abstrahując od spraw kadrowych, to trzeba uznać, że scentralizowany model kontroli konstytucyjności się u nas nie przyjął. Trybunał Konstytucyjny ze względu na swoją kompetencję usuwania poszczególnych przepisów prawa nazywany jest negatywnym ustawodawcą. Chwilowo jednak trybunał wzięto za rogi, wybito większość zębów i posadzono w kącie. Ma nie przeszkadzać politykom.
Choć był zaprojektowany tak, aby ich uwierać. Mówić „stop”, gdy któraś większość się zagalopuje. To ustrojowe zadanie patrzenia na ręce okazało się zbyt męczące dla prawodawcy. Jak to bowiem możliwe, że piętnastu niezawisłych sędziów może decydować o uchylaniu przepisów prawa? Rząd rządzi, parlament uchwala, prezydent podpisuje, a TK co? Uchyla? No tak być nie mogło!
Awantura o Trybunał. Od czego się zaczęło
Historia sporu o TK interesuje już tylko ludzi, których nadal wciągają nowe odcinki „Klanu”. Wszyscy wiedzą, że istnieje. Nikt za bardzo nie pamięta, o co chodziło na samym początku. Obecnie, powiadając o kryzysie konstytucyjnym w Polsce zaczynamy od zwrotu „dawno, dawno temu, za górami, za lasami”.
Jak legendę powtarzamy to, że Platforma Obywatelska chciała wybrać sędziów „na zapas”, potem prezydent Duda Andrzej wraz z rządem Zjednoczonej Prawicy wykreował sędziów „dublerów”. Magisterka Julia Przyłębska została prezeską TK (choć i tu są wątpliwości). De facto jednak funkcję pełniła. Premierka Beata Szydło nie publikowała wyroków TK, a jak już zaczęła, to też nie trwało to długo, bo ten sam zabieg zastosował Donald Tusk. Przy czym za pierwszym razem była to walka o praworządność, a za drugim realizowanie interesów niemieckich. Wiadomo. I generalnie wokół sprawy TK ani w środku TK nikt za bardzo przepisami się nie przejmował i nie przejmuje. O zgrozo.
Gdy koalicja 15 października powołała sześciu nowych sędziów TK, to okazało się, że Karolowi Nawrockiemu, którego życiowa zaradność i autentyczność przekonała połowę głosujących Polaków do tego, że powinien zamieszkać w Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu przypomniało się, że jak był mały, to chciał być HR Managerem. Czyli tym gościem od zarządzania zasobami ludzkimi. No i wymyślił, że dwójce wybranych prawidłowo przez Sejm sędziów da złożyć ślubowanie, a nad czwórką to się jeszcze zastanowi. Ci jednak nie chcieli już czekać. Raptusy!
W efekcie sędziowie zaproszeni przez Marszałka Sejmu podpisali rotę ślubowania w obecności notariusza, by uczynić zadość obowiązkowi złożenia ślubowania, którego Prezydent nie chciał usłyszeć. W związku z tym szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki wystąpił ze swoją tyradą o prawie i aksjologii. A nawet przeciwko nim. Opowiadał rzeczy tak fantastyczne, że „Kicia kocia” przy tym wysiada. A „Świnka Peppa” gdyby usłyszała to, co mówił prezydencki minister, to sama zgłosiłaby się do masarni. Pan Bogucki, co należy przypomnieć, jest adwokatem. Niektórym muzyka nie przeszkadza w tańcu, innym przepisy nie przeszkadzają w interpretacji prawa.
Sam prezydent następnie u swojego kolegi z Kanału Zero stwierdził, że przecież nie powiedział, że uniemożliwi „fantastycznej czwórce” złożenia przysięgi. No ale teraz, w obliczu kolejnych wątpliwości, to trzeba będzie – jak stwierdził – czekać na rozstrzygnięcie samego TK. Tym zaś zawiaduje były prokurator krajowy, prywatnie kolega byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Z tej erudycji głowie państwa aż snus wypadł z kieszeni. Na szczęście bohatersko przechwycił go redaktor Mazurek.
Chwilowo zatem mamy praworządność korytarzową. Co najwyżej tam bowiem może zawitać czwórka prawidłowo wybranych sędziów TK. Niekiedy wpuszczą ich do biblioteki. I tak siedzą, podpisują listy i czekają na wyrok w swojej sprawie. Ten będzie zależał od potrzeby politycznej. Jednak należy spodziewać się, że głównym celem obecnej opozycji, prezydenta oraz części sędziów TK będzie utrzymanie status quo.
Co dalej z TK
Czy czeka nas happy end tej historii? Raczej nie. Choć z drugiej strony nie każda fabuła musi mieć szczęśliwe zakończenie. Czasem najciekawiej jest jak na końcu pozostaje jakiś trup. Co zresztą udowadniają badania czytelnictwa, gdzie książki Remigiusza Mroza deklasują konkurencję.
Takim denatem właśnie jest Trybunał Konstytucyjny. I raczej nie powtórzy się biblijna historia o Łazarzu. Nie ma Jezusa, który chciałby wskrzesić TK. Obawiam się, że jedyna możliwa restytucja Trybunału będzie miała charakter pozorny. Po ewentualnej zmianie władzy w 2027 r. politycy znów będą mogli respektować wyroki. Pod warunkiem, że będą po ich myśli. Może pojawią się także nowi sędziowie-dublerzy, którzy zostaną powołani w miejsce – jak to obecnie nazywają ludzie z kancelarii prezydenta – antysędziów.
Nasz sąd konstytucyjny pozostanie czymś, co można nazwać Trybunałem Schrödingera. Istnieje i nie istnieje jednocześnie. I nic nie wygląda na to, aby coś się miało zmienić. Przecież politykom na tym nie zależy. A to, czy czwórka sędziów przychodzi do TK i siedzi w korytarzu czy w bibliotece z dnia na dzień będzie coraz mniej kogokolwiek obchodziło.
Najgorsze jest to, że już zapomnieliśmy o tym, że Trybunał mógłby się zająć sprawami ważnymi. Jak chociażby świadczenia dla osób z niepełnosprawnościami, kolejne pomysły ministrów dotyczące oświaty, rejestrów, innych KSeFów, czy chociażby sprawą związków osób nieheteronormatywnych i ich rejestracji. Jednak kto by się przejmował tym w momencie, gdy najważniejsze jest nie zażegnanie kryzysu, ale jego trwanie. Koncepcję resetu konstytucyjnego można wsadzić między bajki. Przynajmniej do kolejnych wyborów. Budynek Trybunału jak stał, tak stoi. A gdyby go tak przerobić na siłownię?












