„Za to wytchnienie świat może podziękować Chinom” – oznajmił czytelnikom 13 sierpnia „The Economist”. Brytyjski tygodnik przyjrzał się bliżej temu, co od początku blokady cieśniny Ormuz zaskakuje nawet specjalistów od lat zajmujących się branżą naftową.
„Wielką niespodzianką ekonomiczną wojny z Iranem stał się fakt, że ceny ropy pozostały względnie niskie, pomimo niemal całkowitego zamknięcia cieśniny Ormuz. Pięć miesięcy po rozpoczęciu wojny cena ropy Brent pozostaje o około 40 dolarów niższa od dziennego maksimum, które osiągnęła 30 kwietnia – 126 dolarów za baryłkę” – zauważano.
Seria zagadek
Gdy w 1973 r. kraje arabskie ogłosiły embargo na eksport ropy do państw wspierających Izrael, cena jednej baryłki w pół roku wzrosła o ponad 300 proc.
Podczas drugiego kryzysu naftowego w 1979 r., po tym jak Iran zablokował sprzedaż paliw do Stanów Zjednoczonych i innych krajów uznanych za wrogie rewolucji islamskiej, wywindował cenę ropy o ok. 180 proc.
Obecnie maksymalny skok ceny w porównaniu z okresem sprzed blokady Ormuz wyniósł we wspominanym przez „The Economist” kwietniu ok. 55 proc. W sierpniu ropa Brent była droższa już tylko o ok. 20 proc. w porównaniu z miesiącami poprzedzającymi atak USA i Izraela na Iran.
Sukces ten długo przypisywano Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), która w marcu 2026 r. ogłosiła, że jej kraje członkowskie: „przeprowadzą największe w historii uwolnienie zapasów ropy naftowej w związku z zakłóceniami na rynku spowodowanymi konfliktem na Bliskim Wschodzie”.
Wedle doniesienia agencji Reutera z poniedziałku: „Do lipca uwolniono około 290 milionów baryłek – co odpowiada mniej więcej pięciu tygodniom dostaw ośmiu milionów baryłek dziennie z Bliskiego Wschodu”.
Trzy dni później ta sama agencja przedstawiła wyliczenie, o ile swą konsumpcję zredukowało Państwo Środka, w czasie gdy IEA pompowała ropę z rezerw strategicznych (głównie amerykańskich) na światowy rynek.
Otóż Chiny kupiły o 400 mln baryłek mniej niż w analogicznym okresie 2025 r. Dzięki temu, choć trwa batalia o panowanie nad cieśniną Ormuz, a ukraińskie drony redukują rosyjski eksport paliw, światowy rynek nie wywrócił się do góry nogami z powodu ich trwałego deficytu.
„W rezultacie kierowcy i importerzy ropy nie znaleźli się jeszcze w poważnych tarapatach. I – choć trudno w to uwierzyć – Iran miał mniejszy wpływ na prezydenta Donalda Trumpa, niż mógłby mieć” – trywializował 13 sierpnia „The Economist”.
Xi Jinping przekuł słabość Chin, wynikającą z bycia największym na globie importerem ropy, w atut. Pierwszy raz to nie producenci, lecz konsument dyktuje ceną
Chiny cichym bohaterem
Gdyby nie działania Pekinu, to obecnie kraje zrzeszone w IEA pozbywałyby się ostatnich rezerw. Wówczas cena baryłki, podobnie jak podczas kryzysów naftowych, mogłaby powędrować o 100 proc. w górę – lub jeszcze wyżej. Jej znalezienie się w okolicach 200 dolarów wprawiłoby nie tylko kierowców w czarną rozpacz.
Iran trzymałby lufę rewolweru przy skroniach Trumpa, a politycy w Europie zachodniej zastanawialiby się, jak wznowić zakupy w Rosji i zmusić Ukrainę, by zostawiła w spokoju rosyjską infrastrukturę naftową. Zaś Kongres USA zabrałby się na poważnie za procedowanie ustaw zakazujących sprzedaży paliw wytwarzanych w Stanach Zjednoczonych zagranicznym odbiorcom. Wszyscy czekaliby na światowy kryzys gospodarczy i idące w ślad za nim polityczne tsunami.
Ale nic takiego się nie dzieje, bo Pekin zacisnął pasa i przez ostatnie pół roku zredukował zakupy ropy od zagranicznych dostawców o być może nawet 40 proc.
Jednocześnie prezydent Xi Jinping nie udzielił nawet słowa wyjaśnienia, dlaczego ratuje Trumpa i stabilizuje gospodarkę krajów Zachodu, czyniąc to wbrew interesom swych najbliższych sojuszników. Milczy też w kwestii – jak długo jeszcze Pekin zamierza brać na siebie koszt obniżania światowych cen ropy. Zwłaszcza, że gdyby nagle przestał to robić, wówczas trzeci globalny kryzys naftowy stałby się bardzo trudny do uniknięcia.
Wielki Mur milczenia
„Wszystko zaczęło się w kwietniu. W tym miesiącu chiński import nie tylko spadł o 20 proc. rok do roku (o 2,3 mln baryłek dziennie), ale także nieznacznie zwiększyły się zapasy ropy. Co więcej, chińskie rafinerie odsprzedawały ładunki ropy z Afryki Zachodniej zamiast ją importować” – opisują, zajmujące się od lat Państwem Środka analityczki z Oksfordu: dr Michal Meidan i dr Erica Downs.
Chińskie Narodowe Biuro Statystyczne po raz ostatni opublikowało informacje na temat swoich strategicznych rezerw ropy oraz wewnętrznego zapotrzebowania na nią w połowie 2017 r. Od tego czasu jest to wiedza ściśle tajna. To, jakie są zapasy paliw, ich konsumpcja czy wysokość zakupów, zachodni analitycy szacują na podstawie danych pośrednich, obserwując przede wszystkim zawierane przez chińskie rafinerie kontrakty.
Zatem jedyne, co wiemy na pewno, to fakt, że gdy cena baryłki ropy dobiła do 120 dolarów, musiała na szczytach władzy w Pekinie zapaść decyzja, że Chiny na czas kryzysu drastycznie redukują zakupy. Tak Państwo Środka zawłaszczyło dla siebie funkcję – jak zaczęli to nazywać analitycy – „gracza wahadłowego„.
Pekin przejmuje kontrolę nad rynkiem ropy
Przez dekady ceny paliw dyktowały kraje OPEC, solidarnie decydując, czy zwiększają, czy też redukują wydobycie. Od pół roku robi to Pekin, bo może wybierać opcje: kupujemy albo nie kupujemy.
Paradoks sytuacji polega na tym, że gdy Donald Trump zdecydował się zaatakować Iran, Xi Jinping przekuł słabość Chin, wynikającą z bycia największym na globie importerem ropy, w atut. Pierwszy raz to nie producenci, lecz konsument dyktuje ceną.
Analityczki Oxford Institute for Energy Studies stawiają tezę, że Pekin zredukował na tak długo zakupy, posługując się dwoma narzędziami. Pierwszym są olbrzymie rezerwy ropy, gromadzone przez lata na taką okazję. Szacuje się je na od 1,2 do około 1,4 miliarda baryłek. Choć nikt głowy za prawdziwość tych wyliczeń nie da. Rezerwy sukcesywnie trafiają obecnie do chińskich rafinerii. Ale jednocześnie zmuszono Chińczyków do sporej redukcji konsumpcji wewnętrznej – i to jest narzędzie numer dwa.
„Chociaż zużycie benzyny w Chinach spada strukturalnie z powodu nasycania rynku pojazdami elektrycznymi, wysokie ceny na stacjach benzynowych prawdopodobnie dodatkowo zniechęcały do jazdy samochodem. Anegdotyczne doniesienia wskazują na wzrost liczby taksówek i wynajmu pojazdów elektrycznych, ponieważ konsumenci uznali, że korzystanie z taksówek lub przejazdów współdzielonych jest tańsze niż płacenie za benzynę” – piszą dr Meidan i dr Downs. Ostrzegając, że Państwo Środka może w pewnym momencie nie być już zdolne do dalszego ograniczania zagranicznych zakupów. Acz nie potrafią podać nawet przybliżonej daty, kiedy ta chwila nadejdzie.
Z kolei analitycy Reutersa uważają, że spadek chińskich zakupów jest trwały i wynika z transformacji energetycznej, jaka zaszła w Państwie Środka. Jako jej główny element wskazują masową elektryfikację transportu drogowego. Dlatego też od pół roku chińskie rafinerie produkują mniej benzyny i oleju napędowego, ponieważ popyt na nie spada.
Tezie tej zdaje się przeczyć doniesienie wydawanego w Hongkongu „South China Morning Post” z 18 sierpnia 2026. Jak informuje gazeta, nowy pięcioletni plan rozwoju infrastruktury energetycznej Chin zakłada budowę 20 tys. kilometrów nowych rurociągów naftowych i gazowych. Za ich pośrednictwem po 2030 r. popłynie do Chin ropa i gaz ze złóż zlokalizowanych w Turkmenistanie, Uzbekistanie, Kazachstanie i Mjanmarze (Birmie). Tak olbrzymiego projektu inwestycyjnego nie podejmowałby ktoś, dla kogo paliwa płynne są coraz bardziej zbyteczne.
Banał lub rzecz fundamentalna
Nieco inaczej sprawę widzi indyjski portal informacyjno-publicystyczny „Firstpost”. W analizie opublikowanej 11 sierpnia postawiono tezę, że to, co robi Pekin, nie jest niczym nadzwyczajnym. Po prostu Chiny od lat trzymają się strategii, że dużych zakupów ropy dokonują, kiedy ta jest tania, a redukują je w okresach drożyzny, dbając o posiadanie gigantycznych rezerw.
„Chiny mogą sobie pozwolić na tymczasowe wycofanie się z rynków międzynarodowych, ponieważ mają zapasy baryłek. Indie natomiast pozostają silnie uzależnione od ciągłego przepływu tankowców z ropą” – podkreśla „Firstpost”. Jednak wizja, że Pekin może sobie robić, co chce, bez oglądania się na resztę świata, ponieważ jest już tak potężny, również nie przekonuje do końca.
Zatem pora sformułować konkurencyjną hipotezę. Mianowicie Państwo Środka musiało ograniczyć zakupy, ponosząc tego koszty, ponieważ po krachu na rynku nieruchomości od pięciu lat głównym kołem zamachowym chińskiej gospodarki jest eksport wyrobów przemysłowych. Przy ich nadprodukcji, całkowitym nasyceniu rynku wewnętrznego i trwającej na nim wojnie cenowej jednym, co chroni chiński przemysł przed załamaniem, jest stały wzrost eksportu.
Zbyt wysokie ceny ropy grożą światową recesją oraz inflacją. A nawet trumpowskie cła są błahostką w porównaniu z momentem, gdy odczuwający recesję zachodni konsumenci przestają konsumować. Zatem Pekin musi ratować skórę Zachodowi, bo inaczej sam pogrąży się w ekonomicznym kryzysie. Acz to też tylko teoria, próbująca przeniknąć chiński mur milczenia.
Andrzej Krajewski
-
Zmierzch amerykańskiego imperium? Popełniają błąd upadłych mocarstw
-
USA utworzyły tajny korytarz. Media: Ropa znowu płynie przez cieśninę Ormuz












