-
Rządy na całym świecie napotykają trudności w kontaktach z administracją USA i często nie uzyskują jasnych informacji na temat działań prezydenta.
-
Zmiany w amerykańskiej dyplomacji obejmują nieobsadzone stanowiska ambasadorów oraz priorytet dla nieformalnych kanałów komunikacji.
-
Niektórzy sojusznicy decydują się ignorować deklaracje prezydenta USA lub milczeć, uznając jego wypowiedzi za mało przewidywalne.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
„Dzisiaj w nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już się nie odrodzi. Nie chcę, żeby tak się stało, ale najprawdopodobniej tak będzie” – wpis Donalda Trumpa z 7 kwietnia o Iranie wywołał poruszenie wśród sojuszników z Europy i Azji. Obawiano się, że enigmatyczna wiadomość na platformie Truth Social może doprowadzić do podobnych gróźb Moskwy wobec Kijowa i wywołać kryzys nuklearny na dwóch kontynentach.
„Rządy europejskie natychmiast zwróciły się o zapewnienie tradycyjnym kanałem: Departamentem Stanu USA. Jednak, według dyplomaty, urzędnicy udzielili niepokojącej odpowiedzi: nie wiedzieli, co Trump miał na myśli ani jakie działania mogą zwiastować jego słowa” – ujawnił Reuters.
Z informacji agencji wynika, że w reakcji na groźby Trumpa rządy Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii miały wydać wspólne oświadczenie o „ostrym charakterze”. W ostatniej jednak chwili urzędnicy zdecydowali się go nie publikować, uznając, że Trump „przechwala się”, a publiczna nagana może tylko bardziej rozjuszyć przywódcę i doprowadzić do kolejnych bombardowań. Jeszcze tego samego dnia amerykański prezydent ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni z Iranem.
Biały Dom i wielki kryzys w dyplomacji. Sojusznicy szukają innych sposobów
To tylko jeden z przykładów, które według Reutersa składają się na „historyczne załamanie amerykańskiej dyplomacji”. Z rozmów z kilkudziesięcioma ekspertami, urzędnikami i dyplomatami wyłania się obraz administracji USA, której ruchy zwiększają ryzyko globalnej niestabilności.
– Nie będziemy w stanie posługiwać się dyplomacją tak, jak robiliśmy to często wcześniej: Budować relacji, osiągać porozumień korzystnych dla obu stron oraz zapobiegać wojnom i je kończyć – przekazała Margaret MacMillan, profesor historii międzynarodowej na Uniwersytecie Oksfordzkim.
Na problemy z komunikacją składa się m.in. brak pełnych składów misji dyplomatycznych po rewolucji, którą Marco Rubio rozpoczął w Departamencie Stanu. Reuters wskazuje, że 109 z 195 stanowisk ambasadorów USA na świecie jest obecnie nieobsadzonych. Z kolei wśród 86 ambasadorów tylko 9 proc. z nich to tzw. dyplomaci zawodowi. Reszta to ci nominowani politycznie – głównie darczyńcy kampanii lub bliscy sojusznicy prezydenta o niewielkim lub zerowym doświadczeniu.
„W miarę jak amerykańscy dyplomaci są zwalniani lub odsuwani na boczny tor, sojusznicy zmieniają sposób, w jaki traktują Waszyngton. Zamiast polegać na ambasadach lub oficjalnych kanałach komunikacji, rządy zagraniczne skupiają swoją dyplomację wokół wąskiego kręgu osób mających bezpośredni dostęp do prezydenta. Są uzależnieni od od kanałów nieformalnych w zarządzaniu supermocarstwem, którego sygnały stały się chaotyczne” – czytamy.
Nieformalne kontakty przez zięcia. Decyzje Donalda Trumpa zaskakują
Niektóre rządy odkryły, że duży wpływ na prezydenta ma jego zieć Jared Kushner oraz przyjaciel Trumpa Steve Witkoff, który bez doświadczenia dyplomatycznego stał się głównym negocjatorem m.in. w wojnie Rosji z Ukrainą. Kontakty z nimi mają gwarantować najlepszy przepływ informacji.
Inne kraje z kolei decydują się na niekonwencjonalne metody komunikacji z Białym Domem. Przykładowo południowokoreańscy urzędnicy ominęli amerykańskich negocjatorów w sprawie podwyższenia ceł i skontaktowali się bezpośrednio z szefową Białego Domu Susie Wiles. Z kolei pośrednikiem Japonii w tej samej sprawie był założyciel SoftBanku Masayoshi Sona – partner golfowy prezydenta USA.
Konsternację wśród amerykańskich urzędników wywołała też piątkowa informacja Trumpa o wysłaniu do polski 5 tys. żołnierzy. Według „The New York Times” i Politico zaskoczony decyzją prezydenta USA miał być nawet Pentagon oraz sojusznicy z NATO.
Chaos w Kijowie. Dostawy wstrzymano, telefon milczał
Trudności z uzyskaniem jednoznacznego stanowiska administracji mają nawet sami amerykańscy dyplomaci. Była ambasador na Ukrainie Bidget Brink wspominała, że po burzliwej dyskusji Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim w marcu 2025 r. Biały Dom wstrzymał nagle pomoc wojskową i wymianę informacji wywiadowczych z Kijowem bez żadnych konsultacji.
Broń obejmowała również pociski dla obrony powietrznej, która wówczas chroniła także personel placówki dyplomatycznej. Bez „opieki” zostało pozostawionych ok. tysiąca cywilów.
– Kiedy próbowaliśmy dowiedzieć się, dlaczego zostało wstrzymane, nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Byliśmy bardzo zaniepokojeni tym, co to oznacza nie tylko dla Ukraińców, ale także dla naszego własnego bezpieczeństwa – ujawniła była ambasador, która nie otrzymała żadnej odpowiedzi od Pentagonu, Białego Domu, ani od Departamentu Stanu. Wznowienie pomocy nastąpiło zaledwie kilka dni później, ale do tej pory nie podano oficjalnego powodu jej wstrzymania.
Zamieszanie spotęgowało zmniejszenie liczby członków Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a następnie rezygnacja z regularnych spotkań organu koordynującego politykę zagraniczną i obronną w Białym Domu. „Pracownicy otrzymywali niewiele formalnych wskazówek dotyczących ważnych tematów, takich jak wojna na Ukrainie czy przyszłość NATO. Zamiast tego, analizowali konto Trumpa na platformie Truth Social pod kątem sygnałów politycznych. Wielu pracowników Rady Bezpieczeństwa Narodowego utrzymywało otwarte konto Trumpa na dedykowanym ekranie i szybko reagowało na jego wpisy, jak twierdzą urzędnicy” – dodaje Reuters.
Na spotkania Rady Bezpieczeństwa Narodowego zabrakło też Brink, której przekazano, by w razie pytań „dzwoniła do ludzi”. Kroplą, która przelała czarę goryczy i doprowadziła do jej rezygnacji z misji w Ukrainie w kwietniu 2025 r., było dążenie Trumpa do zacieśnienia stosunków z Władimirem Putinem, przy jednoczesnym obwinianiu Ukrainy za rosyjską agresję.
Milczenie złotem. „Przestaliśmy reagować”
Agencja zauważa, że nową taktyką sojuszników USA może być milczenie i stoicka „postawa Merkel” (nazwana tak na cześć byłej kanclerz Niemiec). Niektórzy zaczęli traktować chaotyczne i zmieniające się zapowiedzi amerykańskiego prezydenta jak „szum informacyjny”.
Czasami – tak jak w przypadku gróźb unicestwienia Iranu – problem rozwiązuje się sam w kolejnych godzinach. Jednak eksperci ostrzegają, że taka postawa może ostatecznie uśpić czujność i sprawić, że Europa i Azja „nie będą w porę przygotowane na kolejny kryzys”.
– Wypowiedzi prezydenta Trumpa zmieniały się nieustannie, więc z czasem przestaliśmy na nie reagować – przyznał szczerze Takeshi Iwaya, poseł rządzącej w Japonii Partii Liberalno-Demokratycznej, który do października 2025 roku pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych.
– Reagowanie może jedynie wywołać niepotrzebne konsekwencje – podsumował japoński minister.













