Dron przelatuje nad rzędami modułów z kamerą termowizyjną. Uszkodzony fragment panelu może mieć inną temperaturę niż jego otoczenie, dzięki czemu na obrazie pojawia się jako podejrzany punkt. W ten sposób można znaleźć między innymi przegrzewające się ogniwa, wadliwe połączenia czy części modułu, które przestały prawidłowo pracować.
Przy niewielkiej instalacji podobną kontrolę może przeprowadzić człowiek. Problem zaczyna się na farmach zajmujących dziesiątki lub setki hektarów. Sprawdzanie panelu po panelu trwa długo, a część usterek trudno zauważyć gołym okiem. Zdjęcia z drona pozwalają najpierw wskazać kilkanaście lub kilkadziesiąt podejrzanych miejsc, które później może obejrzeć technik.
Coraz częściej fotografie analizuje także oprogramowanie. Algorytm porównuje temperaturę poszczególnych fragmentów instalacji i zaznacza miejsca odbiegające od normy. Nie oznacza to, że sam stawia ostateczną diagnozę. Ma przede wszystkim wskazać człowiekowi, gdzie warto zajrzeć dokładniej.
Czasem panel nie jest zepsuty. Jest po prostu brudny
Nie każda strata produkcji wymaga wymiany sprzętu. Na modułach osiada kurz, pył, piasek, ptasie odchody i resztki roślin. Warstwa zabrudzeń ogranicza ilość światła docierającego do ogniw, a więc również ilość produkowanej energii.
Według programu IEA PVPS zabrudzenie paneli odpowiada średnio za około 4 do 7 proc. globalnych strat produkcji energii z fotowoltaiki. W suchych i zapylonych regionach może być znacznie gorzej. Dlatego wraz ze wzrostem farm słonecznych rośnie znaczenie nie tylko wykrywania zabrudzeń, ale też ich regularnego usuwania.
I tu pojawia się drugi rodzaj maszyn. Robot czyszczący przesuwa się wzdłuż rzędów paneli i usuwa z nich brud przy pomocy szczotek lub innych systemów czyszczących. Nie potrzebuje drabiny ani pracownika chodzącego między tysiącami modułów. Na dużej farmie oznacza to przede wszystkim mniej powtarzalnej pracy.
Chińska firma Skysys Intelligent Technology próbuje połączyć oba zastosowania. Jej drony kontrolują instalacje z powietrza, a roboty zajmują się czyszczeniem paneli. Firma podaje, że jej rozwiązania pracują w ponad 1400 obiektach energetyki odnawialnej o łącznej mocy przekraczającej 40 GW. To dane producenta.
Dron nad wodą, robot na dachu
Takie rozwiązania są szczególnie przydatne tam, gdzie zwykła kontrola jest niewygodna. W Indonezji drony Skysys sprawdzają pływające farmy fotowoltaiczne, na których tradycyjna inspekcja wymagałaby poruszania się łodzią między rzędami modułów. Według firmy system może przygotować raport z wykrytych problemów w ciągu kilkunastu minut.
W Europie producent widzi natomiast rynek dla robotów czyszczących instalacje dachowe. Jedno urządzenie ma kosztować nieco ponad 10 tys. euro. To nie znaczy, że taki zakup wszędzie się opłaci. Dużo zależy od wielkości instalacji, lokalnych kosztów pracy, ilości kurzu, cen energii i tego, jak często panele wymagają czyszczenia.
Najciekawsza zmiana dotyczy jednak samego sposobu obsługi elektrowni słonecznych. Technik nie musi zaczynać od obchodzenia całej farmy. Najpierw dron może pokazać, gdzie pojawiła się anomalia. Jeśli panel jest uszkodzony, miejsce sprawdza człowiek. Jeśli problemem jest brud, część pracy może wykonać maszyna.
Nie oznacza to bezobsługowej elektrowni. Dron nie naprawi pękniętego modułu, a robot czyszczący nie rozwiąże problemu z instalacją elektryczną. Maszyny przejmują przede wszystkim najbardziej powtarzalne etapy: szukanie problemów na ogromnej powierzchni i czyszczenie tysięcy podobnych paneli.













