Prezes UOKiK Tomasz Chróstny postawił zarzuty czterem spółkom należącym do koncernu Alphabet: Alphabet, Google LLC, Google Ireland Ltd. oraz Google Poland. Urząd podejrzewa, że Google może nieuczciwie wykorzystywać swoją pozycję rynkową w relacjach z polskimi wydawcami. Zastrzeżenia dotyczą sposobu prowadzenia negocjacji w sprawie wynagrodzenia za korzystanie z artykułów prasowych.
Google nie zgadza się z oceną polskiego urzędu. W komentarzu przekazanym „Rzeczpospolitej” koncern podkreślił, że stosuje ustrukturyzowane podejście do wynagradzania wydawców wiadomości na dużą skalę. Według firmy umowy licencyjne obejmują ponad 5500 europejskich serwisów informacyjnych, w tym ponad 70 działających w Polsce.
UOKiK stawia zarzuty Google. Koncern pokazuje swoje umowy
Google przekonuje, że od momentu wdrożenia w Polsce unijnej dyrektywy dotyczącej prawa autorskiego prowadzi negocjacje z krajowymi wydawcami i zawiera z nimi umowy licencyjne. Firma deklaruje, że podpisała takie umowy z ponad 20 wydawcami, obejmujące kilkadziesiąt serwisów informacyjnych.
Wśród nich Google wymienia PAP, która – według przekazanego przez firmę stanowiska – odpowiada za około 60 proc. treści newsowych w Polsce. Koncern twierdzi, że umowy zawierane są na podstawie jednolitej metodologii i obiektywnych kryteriów, takich jak częstotliwość wyświetlania treści czy przychody reklamowe generowane przy ich podglądzie.
UOKiK: większość wydawców nadal bez umów
Inaczej sytuację ocenia UOKiK. Urząd zwraca uwagę, że sposób korzystania z informacji w internecie zmienił się wraz z rozwojem wyszukiwarek. Użytkownicy coraz częściej zatrzymują się na fragmentach wiadomości wyświetlanych w wynikach wyszukiwania albo korzystają z syntez artykułów przygotowywanych przez sztuczną inteligencję, bez przechodzenia na stronę wydawcy.
Według UOKiK mimo przepisów wprowadzonych w 2024 r. Google nie zawarł z większością polskich wydawców prasy umów określających warunki korzystania z publikacji oraz wysokość należnego wynagrodzenia. Urząd ma również zastrzeżenia do informacji przekazywanych podczas negocjacji.
Spór o dane potrzebne do wyliczenia wynagrodzenia
UOKiK twierdzi, że proponując wynagrodzenie, Google nie przedstawiał wydawcom wymaganych prawem danych pozwalających ocenić oferowane stawki. Według urzędu firma nie wskazywała m.in., w jaki sposób korzysta z publikacji prasowych i jakie przychody dzięki nim osiąga. Miała również nie wyjaśniać parametrów wykorzystywanych w kalkulacjach.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny ocenił, że brak takich informacji mógł powodować, iż negocjacje stawały się pozorne, a warunki były narzucane przez rynkowego dominanta. Prowadzone postępowanie dotyczy podejrzenia nadużywania przez Google pozycji dominującej, czyli praktyki zakazanej przez prawo ochrony konkurencji.
Google może grozić wysoka kara
Jeżeli zarzuty urzędu zostałyby potwierdzone, konsekwencje finansowe mogą być znaczące. Jak wskazał Tomasz Chróstny, za takie działanie przepisy ochrony konkurencji przewidują karę sięgającą do 10 proc. przychodów przedsiębiorcy. Na tym etapie jest to jednak postępowanie dotyczące podejrzenia stosowania zakazanej praktyki, a nie rozstrzygnięcie stwierdzające naruszenie.
UOKiK nie jest jednocześnie stroną negocjacji dotyczących konkretnych stawek między Google a wydawcami. Jeżeli strony nie osiągną porozumienia, przepisy przewidują możliwość ustalenia wysokości wynagrodzenia przez prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.













