Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Donald Trump powiedział podczas spotkania z prezydentem Ukrainy w USA, że stara się znaleźć rozwiązanie dotyczące wojny w Ukrainie i ma nadzieję, że „to się uda”. Wcześniej zapowiadał, że użyje ustawy o cłach i sankcjach na Rosję, by zakończyć wojnę na Ukrainie. Czy to jest szansa na jakiś przełom?
Prof. Tomasz Nałęcz: W tej sprawie decyzje będzie podejmował nie Donald Trump, tylko Władimir Putin, bo dotychczasowe postępowanie prezydenta USA utwierdziło go w przekonaniu, że może podyktować Ukrainie pokój z pozycji siły. Jak się okazało, pomysł Donalda Trumpa z kampanii, że skończy tę wojnę w jeden dzień, polegał na kapitulacji Ukrainy wobec Rosji. Na szczęście Ukraina znalazła wsparcie w Europie, a znaczna część opinii publicznej w USA, nie tylko Demokraci, ale i Republikanie, na taką kapitulację Ukrainy wobec Rosji się nie godziła.
Dzisiaj sytuacja jest inna. Chętnych do pomocy Ukrainie jest mniej.
Trump wykonuje jednak demonstracyjne ruchy, naciskające na Putina, ponieważ chce stworzyć wrażenie silnego człowieka w obliczu zbliżających się listopadowych wyborów połówkowych w USA (wybory połówkowe w USA odbędą się 3 listopada Amerykanie wybiorą nową Izbę Reprezentantów i 33 ze 100 senatorów – red.). Prezydent – bez większości w Kongresie będzie przypominał „kulawą kaczkę”. A Kongres będzie wtedy oczywiście naciskał i wywierał presję, o czym Putin świetnie wie i spokojnie czeka na ich wynik.
Ale Radosław Sikorski mówił we wtorek na briefingu w Stanach Zjednoczonych, że ustawa Lindseya Grahama – mowa o sankcjach na kraje, które importują rosyjską ropę i gaz – to jest duży straszak. I gdybym był Putinem, „brałby to na poważnie”.
Doceniam te sankcje, tylko dlaczego teraz, a nie wcześniej?


