Do zdarzenia doszło w niedzielę (1 listopada) w hrabstwie Palm Beach na Florydzie. Według Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA) samolot leciał na Bahamy. Wystartował z międzynarodowego lotniska Austin-Bergstrom w Teksasie.
– Rozbijemy się… Nie mamy już czasu – powiedział pilot tuż przed katastrofą. Doniesienia amerykańskich mediów i analizy lotów wskazują, że przed rozbiciem samolot spadał z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę.
„To jak spadający pocisk i potężna eksplozja”
Na nagraniach opublikowanych w serwisach społecznościowych widać, jak maszyna uderza w ziemię na terenie zamieszkanym, po czym eksploduje. Nad miejscem katastrofy unoszą się kłęby dymu.
– Kiedy ogląda się to nagranie, to jest wstrząsające – powiedział gubernator Florydy Ron DeSantis dziennikarzom na konferencji prasowej po katastrofie. – To jak spadający pocisk i potężna eksplozja, odłamki rozrzucone wszędzie – dodał.
Na miejscu katastrofy została ogromna wyrwa na środku drogi. Widać również ślady pożaru, porozrzucane kawałki betonu i szczątki samolotu Learjet 60 – podaje BBC.
Federalna Administracja Lotnictwa (FAA) i Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu (NTSB) poinformowały, że władze prowadzą dochodzenie w sprawie katastrofy.
„Dzisiejsza katastrofa lotnicza w hrabstwie Palm Beach na Florydzie to straszliwa tragedia” – napisał na platformie X amerykański sekretarz transportu Sean Duffy. Jak przekazał, wszystkie osoby na pokładzie poniosły śmierć.
Katastrofa samolotu na Florydzie
CNN podała, że w chwili katastrofy w okolicy występowały burze, choć na razie nie wiadomo, czy warunki te przyczyniły się do wypadku.
Portal zauważył, że miejsce katastrofy znajduje się około 6,5 km na południe od lotniska w West Palm Beach, gdzie wcześniej w niedzielę przebywał prezydent Donald Trump. Odleciał stamtąd na pokładzie Air Force One nieco ponad godzinę przed wypadkiem.
Redagował Jan Latała


