Marta Roels: Gdyby miał Pan w jednym zdaniu powiedzieć, czym jest ETS, to powiedziałby Pan narzędzie transformacji energetycznej czy podatek od energii?
Marek Lachowicz: Parapodatek to dobre określenie, choć nie jest to podatek wyłącznie od energii. ETS obejmuje sektory emisyjne, czyli te gałęzie gospodarki, w których podstawowa działalność wiąże się ze znaczną emisją CO₂ – na przykład produkcję stali, cementu czy energii. W Polsce kojarzy się przede wszystkim z energetyką, ponieważ w naszym miksie energetycznym nadal jest dużo węgla i jeszcze przez wiele lat pozostanie on istotnym źródłem energii. Dlatego koszt uprawnień do emisji bardzo mocno przekłada się u nas na koszt wytwarzania energii. ETS jest więc przede wszystkim narzędziem polityki klimatycznej, ale też realnym obciążeniem ekonomicznym nakładanym na działalność emisyjną.
Czy po dwudziestu latach funkcjonowania ETS-u możemy powiedzieć, że ten system działa? Co osiągnięto poza podniesieniem kosztu emisji CO₂?
W sensie technicznym działa: odbywa się handel uprawnieniami, zasady są egzekwowane, a przedsiębiorstwa muszą się z emisji rozliczać. Pytanie brzmi jednak, czy działa tak, jak powinien? Moim zdaniem – nie. Problemem jest przede wszystkim poziom cen uprawnień. Zaczynaliśmy od kilku euro, później było dwadzieścia kilka, a następnie ponad sto i stabilizacja w okolicach 70–80 euro. Tymczasem w innych systemach handlu emisjami ceny są wyraźnie niższe. Europa postanowiła użyć bardzo wysokiej ceny CO₂, aby przyspieszać dekarbonizację.
Druga kwestia dotyczy szerszej strategii. Można zrozumieć pierwotny pomysł, zgodnie z którym Europa miała rozwinąć własne zielone technologie, zdobyć przewagę i później sprzedawać je światu. Tyle że ta strategia nie przyniosła zakładanych rezultatów. Sam mechanizm ETS funkcjonuje, lecz polityka, której miał być narzędziem, w dużej mierze się nie sprawdziła. Korzystają na pewno pośrednicy finansowi, dla których konstrukcja oraz zmienność rynku uprawnień są źródłami zarobku.
Kraje Unii odpowiadają za około 6 proc. globalnych emisji gazów cieplarnianych. Jaki sens ma dążenie Europy do niemal zerowej emisji, jeśli największe gospodarki świata prowadzą inną politykę? Same Indie, Chiny i USA odpowiadają globalnie za 50 proc. wszystkich gazów cieplarnianych.












