Do groźnego wypadku doszło 5 lipca 2026 roku około godziny 18. Na skrzyżowaniu ulic Grójeckiej i Banacha 5-letni przegubowy autobus marki Solaris (linia 186) zawadził o lusterko tramwaju skręcającego w kierunku Placu Narutowicza i skosił sygnalizator świetlny. Kierowca nie zatrzymał się ani po tej kolizji, ani na przystanku.
Rajd kierowcy zatrzymał tunel przejścia podziemnego
Z ustaleń śledczych oraz policji wynika, że kierujący przegubowcem najpierw zderzył się z tramwajem, a następnie odjechał ulicą Grójecką, uszkadzając po drodze siedem aut. Zbliżając się do Alej Jerozolimskich na wysokości ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r., uderzył w opla corsę, zepchnął go na odległość około 60 metrów, po czym wjechał czołowo w ścianę i sufit przejścia podziemnego.
– Przeszedł już na emeryturę i chciał sobie dorobić na umowę zlecenie. Jeździł w dwa weekendy w miesiącu. W sumie cztery dni – mówił „Wyborczej” tuż po wypadku prezes Miejskich Zakładów Autobusowych Jan Kuźmiński. Ś. pracował wcześniej w Służbie Więziennej. – Twierdzi, że zablokował mu się układ hamulcowy albo kierowniczy, ale gdyby rozszczelniła się w nich hydraulika, to autobus powinien się zatrzymać automatycznie.
Pokrzywdzonych zostało 15 osób
Choć początkowo służby informowały o sześciu osobach poszkodowanych (z czego dwie, w tym nieletnia, trafiły do szpitala), Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ochota ustaliła ostatecznie, że w wyniku zdarzenia pokrzywdzonych zostało 15 osób. Badania przeprowadzone bezpośrednio po wypadku potwierdziły, że kierowca był trzeźwy i nie znajdował się pod wpływem narkotyków.
Na początku śledztwo prokuratury było też prowadzone w kierunku potwierdzenia (lub też nie) najbardziej prawdopodobnej hipotezy: niesprawności technicznej pojazdu. Szczególnie że przez wiele miesięcy pojazd nr 7717, którym kierował Ś., miał być w naprawach. Ekspertyzy kazały jednak odrzucić to początkowe założenie.
– Usterka autobusu została wykluczona po opinii biegłych, którzy zbadali czarną skrzynkę – powiedział „Stołecznej” w poniedziałek 5 października prok. Piotr Antoni Skiba, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Kierowca nie przyznał się do stawianych zarzutów
Decyzja o przedstawieniu Czesławowi Ś. zarzutów – obejmujących m.in. sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym oraz spowodowanie wypadku – zapadła 2 października. Jak przekazał rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prok. Piotr Antoni Skiba, krok ten poprzedziło zgromadzenie obszernego materiału dowodowego. Śledczy przeanalizowali zapisy z monitoringu (w tym z kamer w autobusie) oraz uzyskali opinie biegłych dotyczące stanu technicznego pojazdu, rekonstrukcji wypadków drogowych i toksykologii.
Podejrzany nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił składania wyjaśnień. Aby zabezpieczyć prawidłowy tok postępowania, prokurator zastosował wobec niego środki zapobiegawcze: dozór policji z obowiązkiem stawiennictwa dwa razy w tygodniu, zakaz opuszczania kraju oraz zatrzymanie paszportu.
W najbliższym czasie Czesław Ś. zostanie poddany badaniu sądowo-psychiatrycznemu. Prokuratura oczekuje również na uzupełniającą opinię toksykologiczną, niezbędną do ostatecznego zakończenia śledztwa.
– Przeczuwałem, że tak to się skończy. Skoro autobus okazał się w pełni sprawny, to coś nie tak musiało być z kierowcą – stwierdził prezes MZA w rozmowie ze „Stołeczną”, zastrzegając, że o jego ewentualnej winie rozstrzygnie sąd. – Ten kierowca już nie jest związany z naszą firmą, odsunęliśmy go. Nasze szkody są naprawdę bardzo duże. Producent firma Solaris prowadzi jeszcze ekspertyzy i przedstawi wycenę. To był dopiero pięcioletni autobus, a prawdopodobnie nie da się już go nareperować.


